wtorek, 15 marca 2011

42. Z rodziną na obrazku?....

Nawet najukochańsi i najmniej upierdliwi goście z czasem zaczynają denerwować. Od prawie trzech tygodni mieszkamy kątem u rodziny. Niby mieszkanie wielkie, wszyscy gdzieś latają to do pracy, to do szkoły i nie wpadamy na siebie, ale jednak po trzech tygodniach wszystkim to pomieszkiwanie daje się we znaki. Nie dochodzi na szczęście do żadnych sprzeczek, dogadujemy się, ale sytuacja mimo wszystko jest męcząca dla obu stron. Z Jot już codziennie jeździmy do naszego remonciku sprawdzić, czy przypadkiem nie da się już mieszkać...no i dupa blada. Niby robota idzie naprzód, widać zmiany ale wciąż jest totalny sajgon. Nie ma szans na to, żeby w takim pierdolniku mieszkać...zwłaszcza z dzieckiem i w ciąży. Liczę, że za jakieś dwa tygodnie będzie już można powolutku się przenosić. Obym się nie przeliczyła. Jedno jest pewne...będziemy mieli ładnie. Już nie mogę się doczekać. Od 10 lat wszystkie remonty robiliśmy sami. Oczywiście bez kasy i umiejętności, ale z wielkimi chęciami. Jot sam kładł kafelki, robił zabudowy...nawet szafki w kuchni sklecił. Ja byłam specjalistką od malowania ścian i dekoracji. Tym razem po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu, remont zleciliśmy fachowcom....różnica widoczna jest już na pierwszy rzut oka:))) To dla nas ważny moment. Dojrzeliśmy na tyle , że denerwują już nas meble typu regał z IKEA i kartoniki zamiast szuflad...mi to nawet wymarzyła się firanka w pokoju i dywan...starość nie radość. Wracając do mieszkania u rodziny...nawet mi się wczoraj troszkę popłakało..niby wszystko ok, a jednak człowiek nie jest u siebie. Ciągle mam wrażenie , że już za długo komuś siedzimy na głowie. Odczuwam to tym bardziej, że od tygodnia siedzę na zwolnieniu. Lekarz stwierdził, że dosyć bohaterstwa z mojej strony i kazał więcej odpoczywać. Może i dobrze, bo doszły mnie słuchy , że wśród młodzieży pogrom grypo-wirusowy. Faktycznie nie ma co ryzykować, tym bardziej, że rzeczywiści zaczęłam mocno odczuwać zaawansowanie ciąży. Nie jestem już w stanie tyle chodzić, stać....no nie ma co. teraz już naprawdę zwalniam. Twixy są najważniejsze a praca nie zając...jakoś dadzą sobie beze mnie radę.


sobota, 12 marca 2011

41. Państwo pozwolą...

...że przedstawię moich synów.
Oto Marek- waga 460 g

A to syn mój drugi- Wojciechem zwany, waga 430 g:

Chłopaki, jak zresztą widać, mają się znakomicie. Ja generalnie też...Generalnie bo od kilku dni mam kłopoty z niskim ciśnieniem. Wczoraj na przykład przestraszyłam się nie żarty. Bardzo źle się poczułam i okazało się, że spadło do 70/30 ...lekarz powiedział, że to za dużo aby umrzeć, ale za mało by żyć. Kazał wypić kawę i butelkę coca coli. Pomogło. Dziś już skoczyło do 90/50:))) Zawrotne wręcz, ale czuję się znacznie lepiej. Znów coca cola ratuje mi życie:))))
Obiecuję, że w najbliższych dniach zamieszczę fotki brzuchowe...(a zaprawdę jest już co pokazywać) oraz relację remontową.

czwartek, 3 marca 2011

40. Totalna demolka...

Wreszcie zaczął się remont mieszkania. Niestety z dwutygodniowym poślizgiem bowiem pan remonciarz, jak połowa społeczeństwa, poległ na grypę. Na szczęście ozdrowiał już i wziął się do dzieła. Od ponad tygodnia mieszkamy u rodziny. Jeszcze się nie zjedliśmy na wzajem. Ba, nie doszło nawet do spięć...na razie:))) Przygotowanie mieszkania do remontu i nasza wyprowadzka to gorsze jak wojna. Przez trzy dni ja pakowałam kartony, Jot z teściem je wynosili i upychali w piwnicy. Niesamowite ile można rzeczy zmieścić na 8 metrach kwadratowych. W pewnym momencie jej pojemność się wyczerpała i resztę rzeczy ulokowaliśmy w piwnicach znajomych. Na dzień dzisiejszy nie mam zielonego pojęcia co gdzie jest. Nie jest źle. Wolę taki układ niż mieszkanie przez miesiąc w pyle i brudzie. Póki co wygląda na to, że prace postępują zgodnie z planem. Pan rozwala, my wydajemy kasę...czyli wszystko się zgadza. Szkoda, że nie da się dobudować jeszcze jednego pokoju...

W kwestii Twixowej sprawy mają się dobrze. Oba chłopaki kopią, wiercą się i mi nie dają spać. W poniedziałek idziemy na USG połówkowe. Po raz pierwszy rodzinnie. Jot został postawiony przed faktem dokonanym ( idzie choćby nawet nie chciał:) a Młoda sama się domagała więc pozwoliłam jej...niech się cieszy. Nadal pracuję, ale chyba czas odpocząć. Wieczorami już odczuwam skutki całodniowego biegania.Brzuch rośnie mi w tempie piorunującym. Jakieś 2 tygodnie temu miałam 102 cm w obwodzie..teraz boję się wyciągnąć miarkę. Na szczęście podniósł się nieco i nie biegam już po nocach do toalety...za to zgaga nie daje żyć bo górny kawaler uciska na żołądek...
a no i smutna wiadomość..przez to, że nie mieszkamy w domu mam ograniczony dostęp do internetu i na dodatek zepsuł mi się laptop. Jot strącił go z fotela i nie działa. Dlatego w najbliższym czasie muszę korzystać z uprzejmości rodziny...