piątek, 27 maja 2011

56. Zaczynamy 33 tydzień...

Plan minimum zakłada ukończone 35-36 tygodni. Zatem w szpitalu pozostaniemy minimum 3-4 tygodnie. Już wiadomo, że do do porodu nas nie wypuszczą. Szyjka niestety nie wydłużyła się w cudowny , magiczny sposób i wg wczorajszego usg miała 1,5 cm...Nie jest gorzej ale lepiej też chyba nie będzie. Mam leżakować i już. Nawet siedzenie nie jest wskazane. No cóż...liczyłam się z tym. W szpitalu jesteśmy cały czas pod kontrolą. Obawiam się, że z moim ADHD w domu nie zdołałabym się zdyscyplinować. Z pewnością wpadłabym na genialny pomysł, żeby coś posprzątać, ogarnąć, pozmywać...A tu leżę i pachnę:) Jot i Młoda jakoś muszą sobie radzić. Nie mają wyjścia. Teściowa przyjechała na kilka dni im pomóc, więc troszkę spokojniejsza jestem, że moje dziecko przynajmniej obiad ma:))) Mnie przy okazji też dokarmia, bo jedzonko szpitalne jest, delikatnie mówiąc, skromne:) Dziwi mnie to o tyle, że całą ciążę słyszę jak ważna dla przyszłych matek jest urozmaicona, bogata w warzywa i owoce dieta....niestety szpitalne realia są zgoła odmienne niż teoria. Oto przykład " urozmaiconego" posiłku dla ciężarnych:)
Śniadanko: chleb, kawałeczek margaryny ( bo przecież nie masła), powidła które raczej pocodzą z laboratorium chemicznego a koło owoców nawet nie leżały.


W poniedziałek lub wtorek będę miała usg i wtedy się dowiem ile chłopaki ważą...ale sądzę, że sporo już bo coraz ciaśniej im w moim ogromnym brzuchu. Wiercą się mocno i niestety nie jest to już przyjemne dla mnie. Ale i to wytrzymam...byleby przyszły na świat o czasie i zdrowe.

niedziela, 22 maja 2011

55. Leżakujemy grzecznie...

Od piątku leżakuję w szpitalu a chłopaki ze mną..może to i lepiej bo teraz nakaz leżenia jest wykonany w 100%, poza tym nie muszę latać co dwa dni do lekarza i jestem pod kontrolą. Nie wiem jak się ma moja szyjka bo w weekend generalnie nikt nikogo nie bada. Pojawiły się jakieś sporadyczne skurcze, w związku z czym dostałam dodatkową ,maksymalną już dawkę Fenoterolu i mam nadzieję, że na tym się skończy. Nie mam pojęcia czy nas wypuszczą, czy już będziemy inkubować do końca. W każdym razie jedno jest pewne: Niech żyje XXI wiek!!!! Mam komórkę, mam internet, mam kontakt ze światem, oddział na którym leżę został otwarty miesiąc temu więc wszystko pachnie nowością. Na dodatek mam przemiłe towarzystwo na sali więc nie nudzimy się...jest ok. Oby wytrwać jak najdłużej..

piątek, 20 maja 2011

54.Idę do szpitala...jednak...

Szyjka skróciła się do 1,3 cm...fenoterol nie pomógł. Dostałam skierowanie do szpitala. Odezwę się jak tylko będę mogła, póki co proszę o wieeelkie kciuki. 32 tygodnie to mimo wszystko za wcześnie...nawet jak na bliźniaki.
Buźka

środa, 18 maja 2011

53. Wyrok odroczony....

Nie muszę zostawać w szpitalu...na razie:))) Szyjka wprawdzie nie wydłużyła się cudownie ale nie jest krótsza. Ujście wewnętrzne rozwarte sporo ale póki co lekarz stwierdził, że nie trzeba mnie kłaść na oddział- na szczęście. Wolę leżeć we własnych pieleszach chociaż łatwe to nie jest. To takie leżenie troszkę oszukiwane...dzisiaj np. zachciało mi się takiej duszonej, młodej kapusty...Moja Młoda otrzymała więc zlecenie zakupowe i może nie na leżąco, ale na siedząco, ale zrobiłam sobie. Wciągnę jutro z młodymi ziemniaczkami...już się nie mogę doczekać.
Wracając do Twixów to przy okazji dzisiejszej kontroli miałam ktg a potem usg. Chłopaki są ułożeni główkowo, serducha im biją jak dzwony i mają po ok. 1800 g każdy. Nic dziwnego więc, że moja szyjka powoli poddaje się sile grawitacji...Muszę przyznać, że zaczynam mieć porządnego stracha. Obawiam się jak to będzie kiedy się urodzą, jak zniosę poród, jak chłopcy go zniosą...no generalnie, co tu dużo mówić...boję się jak cholera.

wtorek, 17 maja 2011

52.Skończyły się żarty...

Byłam dziś na kontroli szyjki...niestety nie widać jakiejś super poprawy. Mam przyjść w środę i niestety, jeśli nie będzie zmian na lepsze, będę musiała zostać w szpitalu. Poza tym zapomniałam wspomnieć lekarzowi, że kiedyś miałam problemy z astmą a niestety Fenoterol może zaostrzać chorobę. O astmie zapomniałam sto lat temu, bo wraz z okresem dojrzewania skończyły się duszności. Jednak teraz obserwuję u siebie bezproduktywny kaszel co wg lekarza może być właśnie działaniem ubocznym Fenoterolu i być może będzie go trzeba zmienić na jakiś inny lek w kroplówce...a to już tylko na oddziale...Leżę dziś więc plackiem, jutro też taki mam plan i mam nadzieję, że jednak nie będę musiała się kłaść do tego szpitala...Nie podoba mi się perspektywa spędzenia najbliższych tygodni poza domem...wiem, że jak będzie trzeba to trudno ale ciężko mi się z tym pogodzić. Tyle spraw jeszcze na głowie, że pewnie jak nie pójdę do tego szpitala to nie poleżę uczciwie. Z drugiej strony nie chciałabym by chłopcy urodzili się za wcześnie. Jestem zła , smuta i w ogóle zagubiona....Na szczęście mam już kupione prawie wszystko i dla siebie i dla Twixów, teściowa obiecała , że przyjedzie by pomóc mężowi i troszkę dopilnować Młodej...w sumie to pewnie jakoś damy radę....a no i jeszcze dogadałam się z moją babcią ( tak z babcią!) że pożyczy mi swój gwizdek na internet bezprzewodowy więc nie będę tak całkiem odcięta od świata. Póki co proszę o kciuki by jednak ta szyjka jakoś się wydłużyła...

piątek, 13 maja 2011

51. czary mary...

Dziwne rzeczy. Post wrócił na bloga ....ciekawe czy komentarz mamy Franka też wróci bo na razie nadal zjedzony przez Ambę. Widać jakaś większa awaria była na blogerze. Oby ostatnia:)

50. Amba zjadła posta...a ja inkubuję

Od wczoraj nie miałam dostępu do mojego bloga. Teraz udało mi się zalogować ale widzę, że znikł mi ostatni post...nie podoba mi się to wcale. Poczekam może się odnajdzie gdzieś...W każdym razie dziś było dalsze kucie łazienki. Pan remonciarz naprawił rurkę i czekamy czy mur zacznie schnąć...mam nadzieję, że to już koniec niespodzianek bo niestety skończyły się żarty. Dziś byłam u lekarza. Szyjka znów się skróciła i dostałam leki abym za szybko nie urodziła. Na szczęście nie jest tak źle i do szpitala nie muszę się kłaść ale trzeba się już na poważnie położyć i wspomóc farmakologią. Biorę Fenoterol po którym mam telepawkę, drżenia, kołatanie serca i inne atrakcje oraz Isoptin aby tym atrakcjom jakoś zapobiec choćby minimalnie. Jestem po kilku dawkach i powiem szczerze, że tragedii nie ma a brzuch zdecydowanie miększy. Leżę karnie więc choć wcale nie jest mi wygodnie...jakoś wolę siedzieć no ale trudno. Na szczęście wczoraj poprasowałam wszystkie rzeczy dla maluchów, poukładałam. Dziś dokupiłam parę drobiazgów do szpitala, zrobiłam listę co jeszcze trzeba kupić i inkubuję:) Cóż, czas na męża i córkę. Ciekawe jak się spiszą:)
Póki co mój brzuch z profilu:)))





Jest co dźwigać prawda?:)

czwartek, 12 maja 2011

49. Nie bądź Pan rura i nie pękaj...

Chciałam zamieścić dzisiaj zdjęcia mieszkania po remoncie, troszkę się pochwalić...no i się pochwaliłam. Otóż pomimo przetkanego kibelka, mojego Jot wciąż niepokoiła plama na murze...że dziwny kształt, że nie schnie, że Bóg wie co...Zawołał speca i wspólnie doszli do wniosku , że plama nie ma prawa pochodzić z kanalizacji ( zatem zatkany kibelek nie był przyczyną) bo jest za wysoko...Debatowali, kombinowali, główkowali po czym wzięli młotek i moja łazienka, moja duma i cacuszko wygląda teraz tak:(


Wkurzona jestem jak diabli no ale uczciwie przyznaję, że mam mądrego męża. Okazało się, że rzeczywiście plama i kibelek nie mają ze sobą nic wspólnego. Przypadek, że oba problemy ujawniły się w tym samym czasie. Sprawczynią plamy jest stara rurka wodna, która zaczęła przepuszczać na zaślepce....no cóż znów ubieram zbroję i staram się być cierpliwa. Idę prasować ubranka dla Twixów...ciekawe czy szybciej skończę remont czy urodzę:)
A jeszcze tak dla relaksu przypomniał mi się skeczyk Kobuszewskiego i już wiem, że ...woda musi się lać:). Polecam obejrzeć..jakoś od razu na sercu lżej:)

poniedziałek, 9 maja 2011

48.Oswajanie przestrzeni...

Pan remonciarz mimo obietnic nie przyszedł i nie zadzwonił... ja w ramach "świętokrowienia" postanowiłam nie przejmować się tym i zleciłam Jot by to on zadzwonił i "coś" ustalił. Sądzę więc, że już więcej pana remonciarza nie ujrzę bo w zależności od tego co nastąpi jutro, albo się przestraszy i będzie się bał mojego Jot, albo nie odezwie się nadal bo mój Jot zwyczajnie do niego nie zadzwoni. Na szczęście mam to już gdzieś. Woda w kibelku spływa, plama na elewacji jakby troszkę mniejsza i wysycha więc postanowiłam nieco wyluzować. Niestety fuga na kaflach w przedpokoju wykrusza się niezmiennie , ale tym też nie mam zamiaru się przejmować...i tak mi się te kafle nie podobają, więc jakby co założymy sobie panele albo wykładzinę. Ostatecznie nie wypłaciliśmy remonciarzowi 500 zł - najwyżej coś wykombinujemy. Za to od wczoraj mam szafę!!! Piękną, ogromną, wysoką do samiuteńkiego sufitu, szafę!!! Nawet z moim wielim brzuchem mogłabym do niej wejść cała. W związku z tym udało mi się poukładać jakoś wszystkie rzeczy w środku i od razu ładniej się zrobiło. Jutro zabieram się wreszcie za segregowanie ubrań i sprzętów dla Twixów. Mieszkanko powoli zaczyna wyglądać. To prawda, że każdą przestrzeń trzeba oswoić. Tylko potrzeba do tego kasy albo czasu....czasu trochę jeszcze mam więc nie powinno być źle. Chłopaki od kilku dni dały mi wreszcie chwilkę wytchnienia. Poukładali się jakoś bardziej sensownie dzięki czemu nie latam jak oszalała do toalety, przeszła mi zgaga i mogę lepiej oddychać. Za to wojują ostro i wyraźnie jest im już trochę ciasno, bo rozpychają się jakby chcieli wyjść. No ale to akurat da się przeżyć... Koniec końców może jakimś cudem wyrobimy się z przygotowaniem wszystkiego na ich przyjście na świat.
ps. w ramach "opieki nad ciężarną" kupiłam sobie dzisiaj koszulkę i szlafroczek do szpitala oraz mini szampon...zatem 1/10 torby spakowana:)

czwartek, 5 maja 2011

47. Popełnię dziś morderstwo....

Ostrzegam , jeśli ktoś bardziej wrażliwy, niech nie czyta..będzie z grubej rury i momentami obrzydliwie...
Pisałam już, że mamy zatkany kibel? No więc zatkał się jeszcze bardziej. W zasadzie to przestał całkowicie przyjmować...no dobra, przyznaję, że przez trzy dni u teściów miałam zaparcie i dopiero na własnym kibelku mi przeszło...rzeczywiście ładunek był spory ale na Boga, nie aż tak, żeby zatkał całą kanalizację. Walczyliśmy od wczoraj dzielnie, stosując wszelakie środki do udrożniania rur, szczotki, druty...w ruch poszły już nawet rękawice gumowe. Na nic...zawartość kibelka jedynie podnosiła się ku górze. Podejrzewając, że problemy wynikają z wadliwie założonej instalacji zadzwoniłam do remonciarza. Skubaniec odrzucił moje połączenie. Nawet nie oddzwonił! Już wtedy poczułam nieodpartą chęć urwania mu głowy. Z racji późnej już pory, odłożyliśmy walkę z fekaliami do dziś. Niestety rano nic się nie zmieniło. Mówiąc wprost: gówno jak stało tak stało. Nawet na pół centymetra nie opadło niżej:( Gorzej bo zadzwonił do nas sąsiad z pytaniem czy przypadkiem nie mamy problemu z kanalizacją...No czaronik jakiś! Ale niestety- okazuje się, że na elewacji naszego budynku, dokładnie przy naszej łazience , rośnie piękna, gówniano-rdzawa, mokra plama. Na szczęście u sąsiada na suficie nie pojawiła się...jeszcze. Pan remonciarz tym razem telefon odebrał, ale stwierdził, że jest na wyjeździe pod Warszawą..wstrętny kłamczuch! Dwa dni wcześniej mówił, że zaczyna robotę pod Wrocławiem. To w jaki sposób nakazałam mu przyjazd nie nadaje się do publikacji zwłaszcza przed godz. 22, ale szczerze mówiąc dawno nie byłam tak wnerwiona. Coś chłopina jeszcze jęczał do słuchawki ale już go nie słuchałam. Zadzwoniłam po pogotowie kanalizacyjne. Za "jedyne" 150 zł przemiły ( już nigdy nie dam się nabrać na miłego fachowca....nasz remonciarz też był przesympatyczny i co???) hydraulik odetkał kibelek. Niestety ostrzegł nas , że gówniano-rdzawa, plama na elewacji może być wynikiem wycieku z pionu...w skrócie to oznaczałoby kucie naszej cudnej, świeżo wyremontowanej łazienki. A dla mnie chyba zawał albo przedwczesny poród. W związku z powyższym od dwóch godzin planuję zbrodnię na naszym remonciarzu, który albo źle podłączył pion, albo powrzucał fugi i inne gipsy do kibla i zwyczajnie go zatkał. Jedno jest pewne: 500 zł , które miałam jeszcze dopłacić już nie dostanie. Chce mi się wyć!!! Nie mam pojęcia co dalej z tymi rurami. Na razie woda z kibelka schodzi pięknie...ciekawe tylko co z sąsiadem z dołu i plamą na zewnątrz... Póki co , mam na głowie jeszcze wspólnotę, która ma do mnie pretensje, że świeżo zrobioną elewację załatwiliśmy ( haha w sensie dosłownym) .
Żeby było mało pecha dzisiaj to dostałam jeszcze mandat za parkowanie: Miałam dziś sprawę w sądzie ( dla niewtajemniczonych od dwóch lat walczę z ubezpieczycielem o odszkodowanie za to, że wpadłam w niezabezpieczoną studzienkę kanalizacyjną..ale to historia na inny post). Kupiłam bilet na prawie 2 godziny. Niestety sprawa się przeciągnęła i wyszłam po 2 godzinach i 20 minutach. Hieny tylko na to czekały, bo przecież wiadomo, że nie przeproszę sędziego i nie wyskoczę z rozprawy by dokupić bilet na parkowanie.
....dobrze, że ten dzień się skończył. Jutro idę do kosmetyczki zrobić sobie paznokcie u nóg...a co...skoro nie mogę być świętą krową bo ciągle coś wyskakuje, to chociaż będę miała ładne stopy:)
PS. Zbrodni pewnie nie popełnię ale poważnie rozważam założenie stowarzyszenia przeciwko niefachowym fachowcom...jeśli ktoś da mi namiary na ekipę, po której nie trzeba nic poprawiać i nie zostawiają człowieka w samych majtkach ( koszty) to ozłocę..

środa, 4 maja 2011

46. A na dodatek spadł śnieg....

Rano wizyta u lekarza- na szczęście szyjka bez zmian więc jest dobrze. Twixy zrobiły mały przewrót także od wczoraj czuję się nieco lepiej ( wolę zgagę niż ucisk na pęcherz). Przespałam chyba pierwszą od tygodnia noc...trzy wizyty w toalecie to super wynik po ostatnich wędrówkach co 15 minut. Jestem umęczona niemiłosiernie. Nie ma już pozycji w której jest mi wygodnie:( Mam zgagę, bolą mnie biodra i żebra...Nie ma jednak co narzekać. Chłopaki ważą już po ok 1,5 kg więc jest co dźwigać. Okazuje się też, że ból pępka to przepuklina. Lekarz pokazywał mi ją dzisiaj na usg: 8 mm pod skórą jest już macica, dlatego takie to nieprzyjemne...wg niego powinno się cofnąć jak młode się urodzą. Oby...Ustaliliśmy też , że muszę wytrzymać jeszcze 6 tygodni, żeby chłopaki mogły przyjść bezpiecznie na świat...No cóż to z pewnością będzie ciężkie półtora miesiąca...i coraz bardziej się boję czy dam radę.
Dzisiaj też, dwa miesiące przed terminem obroniłam dyplom na studiach podyplomowych. Kolejny wrzód z ...głowy:) Udało mi się jakoś pozaliczać wszystko wcześniej i szczęśliwie nie muszę już więcej jeździć na zajęcia. Niestety w dwa dni zrobiłam ponad 300 km samochodem i oświadczam, że jeśli mój mąż nie zbierze się w końcu i nie zrobi prawka to się rozwiodę. Nie mogę już patrzeć na kierownicę. W ogóle ma dość bycia dzielną. Mam ochotę zamienić się w świętą krowę i naprawdę olać wszystko i wszystkich..no ale niestety kilka spraw muszę jeszcze doprowadzić do końca....
A tak poza tym to...
  • nie umiemy podłączyć domofonu ( pan spec też nie umie),
  • zapchał nam się kibel i to tak, że całe opakowanie kreta nie dało sobie rady,
  • padł system w komputerze do pracy , w związku z czym Jot od wczoraj jest w nastroju nieprzysiadalnym, bo ma full roboty a musi wszystko na nowo zainstalować,
  • pan remonciarz tak poprawił kafelki , że teraz ruszają się te sąsiednie...i chyba o tym wie bo nie odbiera telefonów...na szczęście jeszcze 500 zł miał do wypłaty więc chyba już ich nie zobaczy
  • i na dodatek padał śnieg - w maju!!!!