czwartek, 18 sierpnia 2011
67. Ciężarówka dotarła do celu...
wtorek, 12 lipca 2011
65. Uczymy się siebie...
Panowie mają po 3 tygodnie i już widać ich charakterki. Wojtuś nadal jest praktycznie bezobsługowy. Najedzony i przewinięty, śpi jak aniołek. Ma już niedługie chwile czuwania w ciągu dnia. Wtedy zazwyczaj leży sobie i obserwuje otoczenie. Prawie wcale nie płacze i nie marudzi. Dziecko wprost idealne.
Natomiast Marek, najwidoczniej postanowił udowodnić nam, że bycie rodzicami noworodków nie może być bułką z masłem. Od kilku dni ewidentnie nas tresuje. Budzi się co godzinę, a przy tym krzyczy wniebogłosy. W ciągu dnia ( wtedy kiedy Wojtuś czuwa) zwykle odsypia nockę.
Nie jest więc łatwo. W ciągu dnia staram się synchronizować godziny karmienia i obaj jedzą jednocześnie. Niestety z uwagi na skomplikowanie całej operacji, takie karmienie możliwe jest tylko w warunkach domowych, bez gości i zbędnej widowni. Niezbędny okazał się rogal, który ratował mi też życie pod koniec ciąży. Owijam się nim, chłopaków kładę po obu stronach i jedziemy z koksem:) Może nie wygląda to zbyt sexsi, ale ma ogromny plus. Akcja jedzenie trwa nie godzinę a 20-30 minut i obaj panowie zasypiają „prawie” jednocześnie ( chyba , że Marek akurat postanowi inaczej:)).
Niestety w nocy nie wychodzi mi to jeszcze. Jakoś łatwiej mi wziąć jednego i karmić na leżąco ( i pół śpiąco). Niestety nie jest to rozsądne. Zasypiam razem z karmionym Twixem i kiedy drugi mnie budzi, nie wiem czy ten pierwszy zasnął bo się najadł, czy zasnął bo mu wypadła pierś z buzi…I w zasadzie od godziny 3-4 w nocy karmię non stop, wymieniając tylko dzieci. Totalny bezsens i najprostsza droga do wykończenia się. Dlatego dziś postanowiłam się zdyscyplinować i wprowadzam synchronizację nocną. W przeciwnym razie nadal nie będę spała. Oczywiście najprościej byłoby wprowadzić karmienie sztuczne i zaangażować w nocy Jot ale póki mam pokarm nie wybaczyłabym sobie odstawienia chłopaków od piersi. Jest to dość męczące dla mnie ale jednak i wygodne ( cyc jest zawsze ze mną:) ) i opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia. Zatem pozostaje mi jednak spiąć tyłek i poświęcić kilka nocy na zsynchronizowanie chłopaków. Kolejna sprawa to moja dieta. Dotychczas jadłam wszystko na co miałam ochotę. Postanowiłam, że nie dam się zwariować tak jak dwanaście lat temu , kiedy to zeschizowana dietą matki karmiącej, straciłam przytomność, bo okazało się, że w zasadzie nic nie jem i nie piję poza wodą i rosołem. Tym razem jednak poszłam w drugą stronę i po wczorajszej nocy już wiem, że np. kukurydza gotowana i sos tzatziki nie służy noworodkom:) Podobnie wiśnie i śliwki. Jedna noc wrzasku i już wiem, że jednak dietę trzymać trzeba:) Ale mimo wszystko nie zamierzam być tak restrykcyjna jak kiedyś. Po prostu muszę uważać na to co jem i obserwować chłopaków. Zdrowy rozsądek to podstawa. Póki co zrezygnuję jednak ze wszystkich wydymaczy ( fasolka, kapusta, śliwki , kukurydza itd.) i zobaczymy jak będzie.
No i jak zwykle czas snu twixowego się skończył, a chciałam napisać jeszcze o pierwszych wizytach u specjalistów ( a czeka nas aż dziewięciu!). No ale to już chyba innym razem…tym czasem wrzucam świeżutkie, obiecane fotki chłopaczków.
Wojtuś jak zwykle śpi:)
A oto jeszcze jedno zastosowanie rogala do karmienia:)
sobota, 2 lipca 2011
64. Nareszcie w domku...
Chłopcy są bardzo spokojni i w zasadzie ( przynajmniej na razie) bezobsługowi. Do szczęścia mojego i ich, wystarcza na dobrą sprawę sucha pieluszka, cyc i duuuuużo snu. Ja wciąż jestem mocno osłabiona- 7 tygodni leżenia w szpitalu + zmęczenie + laktacja robią swoje, ale tak jak chłopcy, każdą wolną chwilę wykorzystuję na sen. Powoli dochodzę do siebie...z przewagą powoli:)
Okazuje się też, że Twixy są tak malutkie , że nie dość że nie potrzeba na razie drugiego łóżeczka to wystarcza im raptem połowa tego co mamy:) Śpią sobie przytuleni, w poprzek.
No i niestety nie popiszę więcej bo właśnie Mareczek zaczyna mruczeć. Wrzucam tym czasem kilka zdjęć i liczę, że uda mi się jeszcze czasem coś tu napisać:))) Dziękuję też wszystkim za wsparcie, kciuki i gratulacje! Przydały się, zwłaszcza w pierwszych dniach po porodzie, kiedy sytuacja nie była różowa.
Marek, wiercipięta, obserwator. Jedzenie traktuje jako okazję do przytulania się a nie zaspokojenia apetytu. Notorycznie dostaje czkawki:)))
niedziela, 26 czerwca 2011
63. Zbieramy się do wyjścia:)))...
sobota, 25 czerwca 2011
62.Retrospekcja...
Marek, pięknotek, z cud czarnymi lokami i śniadą cerą. Zarośnięty niesamowicie! Ma włosy nawet na twarzy i plecach:)) Na roczek chyba dostanie maszynkę do golenia:) Troszkę taki niezdecydowany...liże pierś, by następnie potrzepotać rzęsami, porozglądać się, popieścić. Raczej leniuszek. Nie chce mu się ssać z piersi...Jego karmienie trwa zdecydowanie za długo:)..

Z kolei Wojtuś to przodownik pracy. Widać, że ma ducha walki w sobie. Świadczy zresztą o tym to , że w ciągu tygodnia dogonił brata. Zaczął sam oddychać , wyszedł z inkubatora i zaczął jeść.. i to jak! Wojtek kiedy dostaje pierś, nie ma chwili do stracenia. Zaciąga jak traktorek na jakieś 10--15 minut i ssie tak porządnie , że czuję to aż w czubku głowy. Następnie zapada w porządny sen na kolejne 3 godziny. Jest niesamowity! Z wyglądu zdecydowanie Jot. Ma podobne rysy, włosy, układ czaszki...Początkowo był mocno opuchnięty ale teraz z dnia na dzień staje się piękniejszy.

Rzeczywiście obaj urodzili się o 5 tygodni za wcześnie, ale przyznaję, że przynajmniej wiem na czym stoimy. W związku z tym, że są wcześniakami, czeka nas wprawdzie pielgrzymka po specjalistach, być może rehabilitacja ale najważniejsze, że już mam ich przy sobie. Odliczam dni do wyjścia ze szpitala ...by móc cieszyć się nimi w domu...
wtorek, 21 czerwca 2011
61. Twixy już są!...
Na pierwszy ogień przedstawiam Wojtka.
Urodzony 16.06.2011 o godz. 13:28.Waga: 2575 g, wzrost: 51 cm.
Przez pierwsze dni nie oddychał samodzielnie, wymagał wspomagania ale jak przystało na twardego faceta , od wczoraj jest na własnym oddechu i ma się coraz lepiej:)


Na szczęście po burzy nadchodzi dzień i Wojtuś naprawdę wykazuje się siłą ogromną...nie dość, że zaczął sam oddychać to jeszcze je :) Filmik tutaj:)
Jako drugi urodził się Marek, godz. 13:29.Waga: 2555 g, wzrost: 48 cm. Do wczoraj dojrzewał w inkubatorku. Teraz nabiera sił samodzielnie:) Jest baaardzo podobny do mamusi i starszej siostry:)


Filmik z udziałem Mareczka można zobaczyć tutaj:)
środa, 15 czerwca 2011
60. FINAL CUT...
Postanowiłam wciągnąć jeszcze truskawki, bo od 22:00 mam nie jeść...to chyba ostatnie moje truskawki w tym sezonie...potem poczytam i może prześpię ostatnią noc przed najbliższym rokiem nocy nieprzespanych....35 tygodni dobiega końca...od jutra wszystko się zmieni...
Zatem proszę o kciuki jutro ok 10-12 godziny. Jak tylko dam radę postaram się coś napisać.
Ostatnie chwile w trójpaku:)))

niedziela, 12 czerwca 2011
59. Kończymy zabawę...
środa, 8 czerwca 2011
58. Ostatnia prosta...
Boję się jak diabli. Z jednej strony cieszę się , że to już. Z drugiej martwi mnie , że to jednak sporo przed czasem. Lekarze mówią , że to już bezpieczny czas dla Twixów, ale jednak 34 tydzień to w zasadzie półtora miesiąca przed terminem. Boję się jak zniosę znieczulenie, boję się powikłań....no boję się, że to już....aaaaaaa
piątek, 3 czerwca 2011
57. Czary mary ....
Ale na poważnie. Taki pobyt na patologii ciąży nie jest dobry dla psychiki...nasłuchałam się, naoglądałam tragedii, że zwyczajnie ogarnął mnie totalny strach. Wiem , że zdarzają się komplikacje, dramaty przy porodach, ale co innego o nich słyszeć a co innego widzieć...Mam jednak poczucie, że jestem pod dobrą opieką, czuję się dość bezpiecznie i wszystko musi być dobrze. Jot z Młodą wpadają co kilka dni bo jednak szpital jest dość daleko. Dzielnie sobie radzą i spisują się na medal. Niezły sprawdzian cierpliwości nam zafundowały Twixy. Jeszcze się nie urodziły a już nas tresują:)))
piątek, 27 maja 2011
56. Zaczynamy 33 tydzień...

W poniedziałek lub wtorek będę miała usg i wtedy się dowiem ile chłopaki ważą...ale sądzę, że sporo już bo coraz ciaśniej im w moim ogromnym brzuchu. Wiercą się mocno i niestety nie jest to już przyjemne dla mnie. Ale i to wytrzymam...byleby przyszły na świat o czasie i zdrowe.
niedziela, 22 maja 2011
55. Leżakujemy grzecznie...
piątek, 20 maja 2011
54.Idę do szpitala...jednak...
Buźka
środa, 18 maja 2011
53. Wyrok odroczony....
Wracając do Twixów to przy okazji dzisiejszej kontroli miałam ktg a potem usg. Chłopaki są ułożeni główkowo, serducha im biją jak dzwony i mają po ok. 1800 g każdy. Nic dziwnego więc, że moja szyjka powoli poddaje się sile grawitacji...Muszę przyznać, że zaczynam mieć porządnego stracha. Obawiam się jak to będzie kiedy się urodzą, jak zniosę poród, jak chłopcy go zniosą...no generalnie, co tu dużo mówić...boję się jak cholera.
wtorek, 17 maja 2011
52.Skończyły się żarty...
piątek, 13 maja 2011
51. czary mary...
50. Amba zjadła posta...a ja inkubuję
czwartek, 12 maja 2011
49. Nie bądź Pan rura i nie pękaj...
A jeszcze tak dla relaksu przypomniał mi się skeczyk Kobuszewskiego i już wiem, że ...woda musi się lać:). Polecam obejrzeć..jakoś od razu na sercu lżej:)
poniedziałek, 9 maja 2011
48.Oswajanie przestrzeni...
ps. w ramach "opieki nad ciężarną" kupiłam sobie dzisiaj koszulkę i szlafroczek do szpitala oraz mini szampon...zatem 1/10 torby spakowana:)
czwartek, 5 maja 2011
47. Popełnię dziś morderstwo....
Pisałam już, że mamy zatkany kibel? No więc zatkał się jeszcze bardziej. W zasadzie to przestał całkowicie przyjmować...no dobra, przyznaję, że przez trzy dni u teściów miałam zaparcie i dopiero na własnym kibelku mi przeszło...rzeczywiście ładunek był spory ale na Boga, nie aż tak, żeby zatkał całą kanalizację. Walczyliśmy od wczoraj dzielnie, stosując wszelakie środki do udrożniania rur, szczotki, druty...w ruch poszły już nawet rękawice gumowe. Na nic...zawartość kibelka jedynie podnosiła się ku górze. Podejrzewając, że problemy wynikają z wadliwie założonej instalacji zadzwoniłam do remonciarza. Skubaniec odrzucił moje połączenie. Nawet nie oddzwonił! Już wtedy poczułam nieodpartą chęć urwania mu głowy. Z racji późnej już pory, odłożyliśmy walkę z fekaliami do dziś. Niestety rano nic się nie zmieniło. Mówiąc wprost: gówno jak stało tak stało. Nawet na pół centymetra nie opadło niżej:( Gorzej bo zadzwonił do nas sąsiad z pytaniem czy przypadkiem nie mamy problemu z kanalizacją...No czaronik jakiś! Ale niestety- okazuje się, że na elewacji naszego budynku, dokładnie przy naszej łazience , rośnie piękna, gówniano-rdzawa, mokra plama. Na szczęście u sąsiada na suficie nie pojawiła się...jeszcze. Pan remonciarz tym razem telefon odebrał, ale stwierdził, że jest na wyjeździe pod Warszawą..wstrętny kłamczuch! Dwa dni wcześniej mówił, że zaczyna robotę pod Wrocławiem. To w jaki sposób nakazałam mu przyjazd nie nadaje się do publikacji zwłaszcza przed godz. 22, ale szczerze mówiąc dawno nie byłam tak wnerwiona. Coś chłopina jeszcze jęczał do słuchawki ale już go nie słuchałam. Zadzwoniłam po pogotowie kanalizacyjne. Za "jedyne" 150 zł przemiły ( już nigdy nie dam się nabrać na miłego fachowca....nasz remonciarz też był przesympatyczny i co???) hydraulik odetkał kibelek. Niestety ostrzegł nas , że gówniano-rdzawa, plama na elewacji może być wynikiem wycieku z pionu...w skrócie to oznaczałoby kucie naszej cudnej, świeżo wyremontowanej łazienki. A dla mnie chyba zawał albo przedwczesny poród. W związku z powyższym od dwóch godzin planuję zbrodnię na naszym remonciarzu, który albo źle podłączył pion, albo powrzucał fugi i inne gipsy do kibla i zwyczajnie go zatkał. Jedno jest pewne: 500 zł , które miałam jeszcze dopłacić już nie dostanie. Chce mi się wyć!!! Nie mam pojęcia co dalej z tymi rurami. Na razie woda z kibelka schodzi pięknie...ciekawe tylko co z sąsiadem z dołu i plamą na zewnątrz... Póki co , mam na głowie jeszcze wspólnotę, która ma do mnie pretensje, że świeżo zrobioną elewację załatwiliśmy ( haha w sensie dosłownym) .
Żeby było mało pecha dzisiaj to dostałam jeszcze mandat za parkowanie: Miałam dziś sprawę w sądzie ( dla niewtajemniczonych od dwóch lat walczę z ubezpieczycielem o odszkodowanie za to, że wpadłam w niezabezpieczoną studzienkę kanalizacyjną..ale to historia na inny post). Kupiłam bilet na prawie 2 godziny. Niestety sprawa się przeciągnęła i wyszłam po 2 godzinach i 20 minutach. Hieny tylko na to czekały, bo przecież wiadomo, że nie przeproszę sędziego i nie wyskoczę z rozprawy by dokupić bilet na parkowanie.
....dobrze, że ten dzień się skończył. Jutro idę do kosmetyczki zrobić sobie paznokcie u nóg...a co...skoro nie mogę być świętą krową bo ciągle coś wyskakuje, to chociaż będę miała ładne stopy:)
PS. Zbrodni pewnie nie popełnię ale poważnie rozważam założenie stowarzyszenia przeciwko niefachowym fachowcom...jeśli ktoś da mi namiary na ekipę, po której nie trzeba nic poprawiać i nie zostawiają człowieka w samych majtkach ( koszty) to ozłocę..
środa, 4 maja 2011
46. A na dodatek spadł śnieg....
Dzisiaj też, dwa miesiące przed terminem obroniłam dyplom na studiach podyplomowych. Kolejny wrzód z ...głowy:) Udało mi się jakoś pozaliczać wszystko wcześniej i szczęśliwie nie muszę już więcej jeździć na zajęcia. Niestety w dwa dni zrobiłam ponad 300 km samochodem i oświadczam, że jeśli mój mąż nie zbierze się w końcu i nie zrobi prawka to się rozwiodę. Nie mogę już patrzeć na kierownicę. W ogóle ma dość bycia dzielną. Mam ochotę zamienić się w świętą krowę i naprawdę olać wszystko i wszystkich..no ale niestety kilka spraw muszę jeszcze doprowadzić do końca....
A tak poza tym to...
- nie umiemy podłączyć domofonu ( pan spec też nie umie),
- zapchał nam się kibel i to tak, że całe opakowanie kreta nie dało sobie rady,
- padł system w komputerze do pracy , w związku z czym Jot od wczoraj jest w nastroju nieprzysiadalnym, bo ma full roboty a musi wszystko na nowo zainstalować,
- pan remonciarz tak poprawił kafelki , że teraz ruszają się te sąsiednie...i chyba o tym wie bo nie odbiera telefonów...na szczęście jeszcze 500 zł miał do wypłaty więc chyba już ich nie zobaczy
- i na dodatek padał śnieg - w maju!!!!
czwartek, 28 kwietnia 2011
45. Wykończona...
Najbardziej jednak stresuje mnie fakt, że wciąż trwa remont, mam nakaz leżenia a ja nie mam nic gotowe:( Na szczęście mamusia zaopatrzyła mnie we wszystkie najważniejsze sprzęty; wózek, foteliki, łóżeczka, ciuszki , butelki itd,ale teraz trzeba to jakoś poukładać, ogarnąć, parę rzeczy dokupić...marudzę co?
No marudzę bo jestem wykończona całym tym zamieszaniem ostatnich tygodni. Ale jeszcze chwilka i będę naprawdę mogła w spokoju czekać na moje Twixy....
piątek, 8 kwietnia 2011
44. Brzuchol...
Oto 17 tydzień ciąży:

Tu już 19 tydzień z Twixami:

21 tygodni:

Obecnie mamy już 26 tydzień ale nie mam aktualnego zdjęcia brzuchola. Mam za to kilka fotek z 24 tygodnia:

Rośniemy jak na drożdżach co?:)
środa, 6 kwietnia 2011
43. Cukiereczek...
Poza uciążliwością cukrową, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja też czuję się nie najgorzej, choć momentami bywa już ciężkawo. Najbardziej wkurzające jest to , że zrobiłam się taka nieporadna. Brzuch jest ogromniasty i zaczął mi przeszkadzać. Do tego jak panowie się obudzą, to wyglądam jakbym miała w środku obcego. Cały balon faluje i podskakuje- oczywiście ku radości i uciesze otoczenia , które widząc to natychmiast przykłada łapki do brzucha. W każdym razie źle nie jest choć bywa już upierdliwie.
Z frontu remontowego:
wtorek, 15 marca 2011
42. Z rodziną na obrazku?....
sobota, 12 marca 2011
41. Państwo pozwolą...
Oto Marek- waga 460 g

A to syn mój drugi- Wojciechem zwany, waga 430 g:
Chłopaki, jak zresztą widać, mają się znakomicie. Ja generalnie też...Generalnie bo od kilku dni mam kłopoty z niskim ciśnieniem. Wczoraj na przykład przestraszyłam się nie żarty. Bardzo źle się poczułam i okazało się, że spadło do 70/30 ...lekarz powiedział, że to za dużo aby umrzeć, ale za mało by żyć. Kazał wypić kawę i butelkę coca coli. Pomogło. Dziś już skoczyło do 90/50:))) Zawrotne wręcz, ale czuję się znacznie lepiej. Znów coca cola ratuje mi życie:))))Obiecuję, że w najbliższych dniach zamieszczę fotki brzuchowe...(a zaprawdę jest już co pokazywać) oraz relację remontową.
czwartek, 3 marca 2011
40. Totalna demolka...
a no i smutna wiadomość..przez to, że nie mieszkamy w domu mam ograniczony dostęp do internetu i na dodatek zepsuł mi się laptop. Jot strącił go z fotela i nie działa. Dlatego w najbliższym czasie muszę korzystać z uprzejmości rodziny...
niedziela, 20 lutego 2011
39. Błogostan????
Na początek muszę przedstawić wszystkim naszego ( mojego i Twixów) wroga. Pani E. Coli. Skubana całkiem ładnie wygląda a taka franca...

Ta sama dama dopadła mnie już wcześniej..tym razem ulokowała się w moim układzie moczowym i to ona winna jest prawdopodobnie wszystkim przebojom z ostatnich tygodni. Generalnie nie jest to bakteria groźna, ale tylko w jelitach. Jeśli zamieszka w innym organie zaczyna się polka. Ponieważ ja i pani E. Coli nie chcemy mieszkać razem...no dobra ona może i by chciała ale ja się na to nie zgadzam, dlatego od tygodnia biorę końską dawkę antybiotyku. Lekarz zapewnił mnie, że nie zaszkodzi on Twixom więc walczę dzielnie. Póki co walka jest nie równa bo dostałam porządnej zgagi...Ale trudno- trzeba być twardym :))) Poza tym muszę przyznać, że w ostatnim tygodniu zamieniłam się w dyszącą , bekającą i stękającą babę. Twix z górnego pokoiku ( zwany Markiem) uciska mi na przeponę i żołądek. Dyszę jak lokomotywa, nie mogę się schylić bo mam cofki, pali mnie zgaga, mam kłopot z nabraniem powietrza..masakra kompletna. Pomaga jedynie coca cola i leżenie do góry brzuchem więc popijam litrami..no ale potem ...no potem bekam i jak tego gazu się nałykam to i ...no kurde z drugiej strony też się ulatnia...Jeśli jeszcze raz usłyszę, że ciąża to stan błogosławiony to normalnie rozszarpię chyba...
poniedziałek, 14 lutego 2011
38. Marek, Wojtek i...
Zaraz po wizycie dzwonię do JOT...Zachwycony stwierdza, że wreszcie kupi sobie ..tfu..chłopakom..te wszystkie zabawki o których marzył kiedy był małym chłopcem. Teraz od godziny słucham o kolejce elektrycznej, o zdalnie sterowanych samochodzikach, helikopterze na baterię, modelu statku na prawdziwą benzynę...Coś mi się zdaje, że będę miała nie dwóch a trzech małych chłopców...
czwartek, 10 lutego 2011
37. Szok....
Spotkałam znajomą. Jej córka, równolatka i koleżanka mojej Młodej ze szkoły, w poniedziałek jak zwykle wracała po zakończonych lekcjach do domu. Mieszka zaledwie dwie ulice dalej. Dzielnica spokojna i zdawałoby się, że bezpieczna. Początkowo szła z koleżankami, a potem skręciła już sama w swoją uliczkę. Była jakieś 300 metrów od bramy gdy nagle jakiś skurwysyn wyskoczył z samochodu i wciągnął ją do środka. Mała nawet nie zdążyła krzyknąć, w pobliżu akurat nikogo nie było. Wykorzystał sytuację...być może jechał spod szkoły za dzieckiem...Na szczęście zanim ten zwyrodnialec wsiadł za kierownicę, dziewczynce udało się otworzyć drugie drzwi i uciec. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić co by było, do czego mogło dojść gdyby te drzwi były zamknięte, albo gdyby facet uśpił ją np. eterem. Nikt by nawet nie wiedział co się stało. Nie wiem jak sobie poradzić z tym. Co się dzieje??? Boję się teraz Młodą puścić gdziekolwiek samą, chociaż to już przecież duża pannica. Powrót ze szkoły, która jest raptem dwie ulice od domu wydawał mi się bezpieczny. Wpadłam w totalną paranoję zwłaszcza, że kilka tygodni temu słyszałam o podobnym zdarzeniu- porwano dziewczynkę w dużym centrum handlowym. Znalazła się ale...miała wyciętą nerkę. Na jakim świecie żyjemy???? Jak uchronić nasze dzieci przed takimi zdarzeniami???
Jestem zagubiona....
**** Ufff na szczęście historia o porwaniu w markecie to tzw. " urban story"- tutaj można przeczytać więcej. No ale historia ze szkoły mojej córki jest niestety zupełnie prawdziwa:(((
wtorek, 8 lutego 2011
36. Wróciłam:)....
- Hmmm, który to tydzień ciąży?- pyta
- Zaczynam osiemnasty- grzecznie odpowiadam- a co? ( bardzo inteligentnie pytam:)
- Kiedy była pani ostatnio na badaniu?
- Hmmmm, no jakieś 2 tygodnie temu, a co ? ( znów bardzo inteligentnie) Teraz jest mi już nie do śmiechu. Co znowu? Serce mi przyspiesza...
- Bo wie Pani, ja tu widzę.....( Na boga mówże wreszcie człowieku co tam widzisz bo zawału dostanę!!!)...bo ja widzę dwoje dzieci, czy Pani o tym wie? - pyta wystraszony.
O ratunku, ale mnie nastraszył. No w sumie to zapomniałam chyba uprzedzić go , że jestem w ciąży mnogiej...Biedaczek. Tak się zestresował:)
- No jasne , że wiem.
Lekarz głośno wypuszcza powietrze co wyraźnie oznacza ulgę. Biedny, bał się, że nie wiem i że właśnie dokonał wielkiego odkrycia:) Dalej już spokojnie ogląda nerki, pęcherz. Na szczęście wszystko wygląda dobrze. Nie widać niczego niepokojącego. Koniec badania. Lecę do toalety bo pojemność pęcherza jest już w fazie krytycznej.
Po powrocie rozmawiamy już na spokojnie. Mam jeszcze wykonać posiew moczu, bo być może całe zamieszanie spowodowane jest jakąś błahą bakterią i wystarczy wycelować dobry antybiotyk. Jeśli jednak badanie będzie jałowe to będzie trzeba zajrzeć do środka czyli....wtedy już na bank szpital...Pierwszy raz w życiu liczę na to , że mam infekcję bakteryjną. Najważniejsze, że nie musiałam zostać. Widok starszych panów z workami pełnymi moczu u pasa zniechęcił mnie już ostatecznie do pobytu na tym oddziale więc:))) Mój Jot śmieje się, że raczej brak internetu i dostępu do bloga i facebooka:)
poniedziałek, 7 lutego 2011
35. Idę do szpitala...
A teraz trzymajcie kciuki, żebym jednak nie musiała zostawać w tym szpitalu bo kto wam pisać będzie:))))
niedziela, 6 lutego 2011
34. Skarby...
*** w kwestii zmagań ciążowych: nadal dręczy mnie ten cholerny pęcherz. Mam skierowanie do urologa by wykonać dokładniejszą diagnostykę. Najprawdopodobniej nie urodziłam kamyczka , tylko siedzi sobie w pęcherzu o podrażnia powodując takie a nie inne upierdliwości. No i sprawa druga: Twixy dają znać o sobie. Wieczorem, po kolacji zaczynają lekko pukać. Zwłaszcza ten lewy i większy demonstruje swoją obecność. Poza tym i kolejnym kilogramem na plusie ( piątym już prawie) nowości brak.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
33. Twixomanioza...
- gorączka związana z przeglądaniem portali o tematyce dziecięcej
- nałogowe allegrowanie w dziale noworodkowym
- monotematyka związana z rozwojem ciąży- zwłaszcza bliźniaczej
- głód informacji o Twixach
Gorzej bo to zakaźne jest! Wirusem zaraził się już H. przyszły dziadek, który od tygodnia w internecie wyszukuje kolejnych rzeczy dla maluchów, zaraziła się też znajoma mamy, która regularnie odwiedza swoją sąsiadkę, podwójną matkę i wykupuje od niej wszystkie akcesoria noworodkowe. Choroba na razie nie rozprzestrzeniła się poza granice Holandii i do Wrocławia jeszcze nie dotarła ale powoli czuję pierwsze symptomy. Na szczęście póki co cierpię na syndrom remontowy, który obecnie jest w fazie maniakalnej i bardziej interesują mnie modele kafli, baterii wannowych i paneli niż zakupy dla maluchów. Jest więc szansa, że poza bliźniakami i ich sprzętami, ciuszkami i akcesoriami, po remoncie my także zmieścimy się w domu:)))
Na początek łóżeczka. Pierwsze wynalezione w sklepie z używanymi meblami, drugie wyszperane przez H. w internecie ( Nie mogło być inne. Musiało być identyczne więc napad trwał kilka dni, zanim głód został zaspokojony przez zarażonego).

Kolejny dowód. Tym razem zarażona wirusem Twixa koleżanka mojej mamy, pani E. Postanowiła zapewnić bliźniakom bezpieczne podróżowanie a także odzienie na każdą okazję:)


Na koniec objaw Twixomaniozy u nosicielki wirusa czyli mojej mamy, a babci Młodej i maluchów. Mercedes dla królewiczów:
Tutaj w wersji kabrio:

Tu natomiast wersja sportowo- spacerowa:

Generalnie trzeba przyznać, że choroba ma także pozytywne aspekty. Ja już nie muszę o niczym myśleć:))) Wiem, że aktualnie zakażeni polują na wiaderka Tummy Tub oraz wyposażenie łóżeczek w postaci pościeli, kocyków, poszewek itd. Nie znane jest antidotum na tę przypadłość. Choroba prawdopodobnie przechodzi, bądź łagodnieje w chwili gdy źródło skażenia , czyli Twixy osiągną 18 lat...
środa, 26 stycznia 2011
32. Pani rodzi...
- O widzę, że nie może Pani beze mnie żyć - jak zwykle żarcik na dzień dobry...rzeczywiście ostatnio przez częstsze badania widzimy się dość regularnie. Jednak dziś nie mam humoru na żarty. Poza tym brzuch boli nadal. Miałam już podobną sytuację rok temu. Wtedy skończyło się na krwotocznym, ostrym zapaleniu pęcherza i silnym antybiotyku. Boję się szpitala:((( Tłumaczę co się dzieje. Oczywiście beczę ( nie wiem dlaczego ale od kiedy jestem w ciąży płaczę na zawołanie i przy byle okazji)
PeKa ogląda wyniki i z bardzo poważną miną mówi:
- Prawdopodobnie Pani rodzi...( Zaraz zwariuję. Co on wygaduje. Moje Twixy mają po 10 cm. Nie ma szans, żebym nie poczuła. )...kamyczek, stąd krew i ból- kończy ze spokojem.
Niemalże słyszę ten kamień, który spada mi z serca. Na szczęście poza erytrocytami, pozostałe parametry są w porządku. Nie ma wskazań do antybiotyku, a tym bardziej do szpitala. Mam zakwaszać się najsilniejszą witaminą C i pić, pić, pić....
- W normalnej sytuacji zaleciłbym piwo...dużo piwa, ale póki co musi Pani wystarczyć herbatka pokrzywowa.




