czwartek, 18 sierpnia 2011

67. Ciężarówka dotarła do celu...

Wiem, wiem...obiecałam pisać. Nawet nie chodzi o czas, chociaż przy Twixach mam go jakby "troszkę" mniej...Od pierwszego posta na tym blogu minęło dokładnie 9 miesięcy...Ciężarówka dojechała do celu. Wprawdzie wcześniej niż było zaplanowane ale metę mamy już za sobą. Ładunek wypakowany więc blog się zdezaktualizował, a jego formuła, jak na mój gust, wyczerpała. Nie ma już ciężarówki, ani trójpaku, a po jeździe bez trzymanki został jedynie brzuchol ( mam nadzieję, że wreszcie zniknie) i dwa, przesłodkie Twixy...Ale bez obaw. Obiecałam więc słowa dotrzymuję. Zmieniam tylko adres i wkrótce zapraszam na Blog Twixowy. Jednocześnie chciałam podziękować za wszystkie kciuki, słowa pocieszenia kiedy bywało ciężko, za wsparcie, przytulanie, maile...Ten blog dał mi duuuużo siły. Pozwolił się wygadać , wywalić wszystko co leżało na duszy...a że przy okazji prawie 19 tys. razy ktoś te wypociny przeczytał...szok! Że też się Wam chciało:)))) Wielkie dzięki!W każdym bądź razie- Ciężarówka zostaje odstawiona do garażu. Teraz będzie pamiątką po szczególnym czasie w moim życiu...Teraz czas na nowy etap. Etap Trójmatki:) Na deser kilka aktualnych zdjęć :)


Wojtuś ( aktualna waga 5020 g!)


Marek ( aktualnie 4620 g)

no i na koniec sama Ciężarówka z ładunkiem:)))



W przyszłym tygodniu obiecuję zamieścić mapkę dojazdową do Twixowego Bloga:)))


wtorek, 12 lipca 2011

65. Uczymy się siebie...

Mijają dwa tygodnie od kiedy jesteśmy w domu. Chłopcy rosną jak na drożdżach. Zważyłam ich na takiej domowej wadze i wygląda na to, że mają już po ok. 2,8 kg a wciąż są mniejsi od Młodej gdy ta się urodziła… wydawała mi się wtedy taka maleńka:) . Jeszcze chwilka i wariant z układaniem ich w poprzek łóżeczka będzie niemożliwy ale mimo wszystko nadal będą spać w jednym. Miejsca mają dużo i nie ukrywam jest to bardzo wygodne dla nas. Zwłaszcza w nocy, chociaż wtedy niekiedy myli mi się który był karmiony a który nie:) Ale to szczegół do wyszkolenia.


Panowie mają po 3 tygodnie i już widać ich charakterki. Wojtuś nadal jest praktycznie bezobsługowy. Najedzony i przewinięty, śpi jak aniołek. Ma już niedługie chwile czuwania w ciągu dnia. Wtedy zazwyczaj leży sobie i obserwuje otoczenie. Prawie wcale nie płacze i nie marudzi. Dziecko wprost idealne.



Natomiast Marek, najwidoczniej postanowił udowodnić nam, że bycie rodzicami noworodków nie może być bułką z masłem. Od kilku dni ewidentnie nas tresuje. Budzi się co godzinę, a przy tym krzyczy wniebogłosy. W ciągu dnia ( wtedy kiedy Wojtuś czuwa) zwykle odsypia nockę.


Nie jest więc łatwo. W ciągu dnia staram się synchronizować godziny karmienia i obaj jedzą jednocześnie. Niestety z uwagi na skomplikowanie całej operacji, takie karmienie możliwe jest tylko w warunkach domowych, bez gości i zbędnej widowni. Niezbędny okazał się rogal, który ratował mi też życie pod koniec ciąży. Owijam się nim, chłopaków kładę po obu stronach i jedziemy z koksem:) Może nie wygląda to zbyt sexsi, ale ma ogromny plus. Akcja jedzenie trwa nie godzinę a 20-30 minut i obaj panowie zasypiają „prawie” jednocześnie ( chyba , że Marek akurat postanowi inaczej:)).


Niestety w nocy nie wychodzi mi to jeszcze. Jakoś łatwiej mi wziąć jednego i karmić na leżąco ( i pół śpiąco). Niestety nie jest to rozsądne. Zasypiam razem z karmionym Twixem i kiedy drugi mnie budzi, nie wiem czy ten pierwszy zasnął bo się najadł, czy zasnął bo mu wypadła pierś z buzi…I w zasadzie od godziny 3-4 w nocy karmię non stop, wymieniając tylko dzieci. Totalny bezsens i najprostsza droga do wykończenia się. Dlatego dziś postanowiłam się zdyscyplinować i wprowadzam synchronizację nocną. W przeciwnym razie nadal nie będę spała. Oczywiście najprościej byłoby wprowadzić karmienie sztuczne i zaangażować w nocy Jot ale póki mam pokarm nie wybaczyłabym sobie odstawienia chłopaków od piersi. Jest to dość męczące dla mnie ale jednak i wygodne ( cyc jest zawsze ze mną:) ) i opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia. Zatem pozostaje mi jednak spiąć tyłek i poświęcić kilka nocy na zsynchronizowanie chłopaków. Kolejna sprawa to moja dieta. Dotychczas jadłam wszystko na co miałam ochotę. Postanowiłam, że nie dam się zwariować tak jak dwanaście lat temu , kiedy to zeschizowana dietą matki karmiącej, straciłam przytomność, bo okazało się, że w zasadzie nic nie jem i nie piję poza wodą i rosołem. Tym razem jednak poszłam w drugą stronę i po wczorajszej nocy już wiem, że np. kukurydza gotowana i sos tzatziki nie służy noworodkom:) Podobnie wiśnie i śliwki. Jedna noc wrzasku i już wiem, że jednak dietę trzymać trzeba:) Ale mimo wszystko nie zamierzam być tak restrykcyjna jak kiedyś. Po prostu muszę uważać na to co jem i obserwować chłopaków. Zdrowy rozsądek to podstawa. Póki co zrezygnuję jednak ze wszystkich wydymaczy ( fasolka, kapusta, śliwki , kukurydza itd.) i zobaczymy jak będzie.

No i jak zwykle czas snu twixowego się skończył, a chciałam napisać jeszcze o pierwszych wizytach u specjalistów ( a czeka nas aż dziewięciu!). No ale to już chyba innym razem…tym czasem wrzucam świeżutkie, obiecane fotki chłopaczków.

Wojtuś jak zwykle śpi:)

A oto jeszcze jedno zastosowanie rogala do karmienia:)

A to już sam miód:)



sobota, 2 lipca 2011

64. Nareszcie w domku...

Od poniedziałku jesteśmy w domku i to w komplecie. Wojtuś spiął się mocno i dogonił ( jeśli nie przegonił) Marka więc mogliśmy opuścić szpital wszyscy razem. Chłopcy są tak mali, że prawie utopili się w swoich ubrankach, a w fotelikach samochodowych to ciężko było ich dostrzec:) Transfer ze szpitala przebiegł niemal bez zakłóceń a przed mieszkaniem czekała na nas miła niespodzianka przygotowana prze babcię Grażynkę:


Chłopcy są bardzo spokojni i w zasadzie ( przynajmniej na razie) bezobsługowi. Do szczęścia mojego i ich, wystarcza na dobrą sprawę sucha pieluszka, cyc i duuuuużo snu. Ja wciąż jestem mocno osłabiona- 7 tygodni leżenia w szpitalu + zmęczenie + laktacja robią swoje, ale tak jak chłopcy, każdą wolną chwilę wykorzystuję na sen. Powoli dochodzę do siebie...z przewagą powoli:)
Okazuje się też, że Twixy są tak malutkie , że nie dość że nie potrzeba na razie drugiego łóżeczka to wystarcza im raptem połowa tego co mamy:) Śpią sobie przytuleni, w poprzek.




No i niestety nie popiszę więcej bo właśnie Mareczek zaczyna mruczeć. Wrzucam tym czasem kilka zdjęć i liczę, że uda mi się jeszcze czasem coś tu napisać:))) Dziękuję też wszystkim za wsparcie, kciuki i gratulacje! Przydały się, zwłaszcza w pierwszych dniach po porodzie, kiedy sytuacja nie była różowa.


Wojtuś- spokojniejszy od brata, delikatny, wyważony. Budzi się żeby jeść, zjada, żeby spać:)


Marek, wiercipięta, obserwator. Jedzenie traktuje jako okazję do przytulania się a nie zaspokojenia apetytu. Notorycznie dostaje czkawki:)))





niedziela, 26 czerwca 2011

63. Zbieramy się do wyjścia:)))...

Powinniśmy być już w domu. Z chłopcami jest na tyle dobrze, że mieliśmy dzisiaj wyjść. Już o szóstej spakowałam torbę i poleciałam na OIOM karmić Twixy. Niestety zadzwonił Jot i powiadomił mnie , że od rana ma biegunkę, a moja mama całą noc zwracała. Dzień wcześniej problemy żołądkowe miała Młoda...jak nic jelitówka. Jasna dupa, akurat dzisiaj. Sześć tygodni leżę w szpitalu i akurat dzisiaj musieli się pochorować. Pani doktor oczywiście potwierdziła moje obawy: Nie ma mowy aby z niemowlętami , na dodatek wcześniakami po intensywnej terapii iść do domu gdzie panuje wirus....no trudno. Mam nadzieję, że to tylko kwestia jednej doby i już jutro naprawdę będziemy mogli wyjść. Jestem wykończona szpitalem. Sześć tygodni nie widziałam słońca, nie byłam na świeżym powietrzu. Od narodzin chłopców biegam też co 2 godziny piętro wyżej, gdzie jest OIOM dla noworodków i karmię moich panów, co nie jest łatwą sprawą, zważając na warunki jakie tu panują. Niestety, pomimo , że szpital jest nowiutki i śliczniutki, hasła " rodzić po ludzku" itd. są czystą fikcją. Na oddziale nie ma możliwości wygodnego nakarmienia dzieciaczków. Ze względu na ich wcześniejszy stan zdrowia, nie mogę mieć ich przy sobie. Pozostaje mi niewygodne, plastikowe krzesełko, na którym zgarbiona, pokurczona, walcząc z bólem po cesarskim cięciu, karmię Twixy zapewniając im najcenniejszy lek...Nie potrafię pojąć, jakim cudem w XXI wieku, w nowoczesnym szpitalu nikt nie pomyślał i nie zapewnił matkom wcześniaczków, komfortu wykarmienia swoich dzieci...
na szczęście widok najedzonych i zdrowiejących Twixów, rekompensuje wszelkie niedogodności....a od jutra będziemy już u siebie ...oby...



sobota, 25 czerwca 2011

62.Retrospekcja...

Kilka dni temu udało mi się wreszcie porozmawiać z lekarzem na temat stanu zdrowia dzieci. Wcześniej wszystkie informacje były raczej zdawkowe. Nie pomijając tych pierwszych, tuż po porodzie...te były najbardziej trudne i co tu gadać, szokujące. Ale po kolei...

Po pięciu tygodniach walki o zatrzymanie nasilającej się czynności porodowej i skracającej się szyjki, w 35 tygodniu +6 dniu, lekarze postanowili mnie wreszcie rozpakować. Uznali, że dłużej nie ma sensu wlewać we mnie kolejnych kroplówek z fenoterolu i magnezu. Chłopcy byli na tyle duzi a moja macica miała na tyle ograniczoną pojemność, że każdy ich ruch powodował kolejne skurcze. Czekałam na ten dzień ale bałam się jak cholera. Już idąc na blok porodowy miałam kilka napadów płaczu. Czułam się jak mała dziewczynka...W związku z tym, że miałam wcześniej operację kręgosłupa, nie do końca było wiadomo jakie znieczulenie będzie trzeba zastosować. Na szczęście udało się znieczulić mnie zewnątrz-oponowo...muszę przyznać, że było to prawie bezbolesne. Później wszystko potoczyło się szybko. O godzinie 13:28 na świat przyszedł Wojtuś, a minutę po nim Marek. Niestety ich płacz był bardzo cichy. Nie słyszałam, żadnych informacji na ich temat. Nikt nic nie mówił...spanikowałam...po kilku minutach pokazano mi tylko Marka i chłopcy zostali natychmiast zabrani na intensywną terapię. Nie wiedziałam kompletnie nic . Nie powiedziano mi nawet czy rzeczywiście urodziłam chłopców, ani jaką mieli wagę czy długość. Wyjeżdżając z sali operacyjnej widziałam wystraszonego Jot i spanikowaną teściową...obawiałam się najgorszego...Po godzinie odwiedziła mnie pani neonatolog, która powiedziała mi tylko, że stan Wojtka jest ciężki ale stabilny, a stan Marka jest dobry i też stabilny...I z taką informacją zostałam na dobrych, kilka godzin. Dopiero wieczorem Jot udało się dopaść lekarza i dowiedzieć nieco więcej. Mi przekazał, już dziś to wiem, mocno ograniczone informacje...i w sumie dobrze bo chyba bym umarła ze strachu o życie Wojtka. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że dostał tylko 2 punkty i był resuscytowany. Na szczęście po kilku dniach zaczął sam oddychać i dziś obaj panowie są już poza inkubatorami, przybierają na wadze, jedzą z piersi i są baaardzo dzielni. Jak tylko opanujemy jeszcze zółtaczkę, to być może w niedzielę uda nam się wyjść do domu. Póki co uczę się moich Twixów..są tak różni, że aż nie chce się wierzyć, że są bliźniakami:)
Marek, pięknotek, z cud czarnymi lokami i śniadą cerą. Zarośnięty niesamowicie! Ma włosy nawet na twarzy i plecach:)) Na roczek chyba dostanie maszynkę do golenia:) Troszkę taki niezdecydowany...liże pierś, by następnie potrzepotać rzęsami, porozglądać się, popieścić. Raczej leniuszek. Nie chce mu się ssać z piersi...Jego karmienie trwa zdecydowanie za długo:)..



Z kolei Wojtuś to przodownik pracy. Widać, że ma ducha walki w sobie. Świadczy zresztą o tym to , że w ciągu tygodnia dogonił brata. Zaczął sam oddychać , wyszedł z inkubatora i zaczął jeść.. i to jak! Wojtek kiedy dostaje pierś, nie ma chwili do stracenia. Zaciąga jak traktorek na jakieś 10--15 minut i ssie tak porządnie , że czuję to aż w czubku głowy. Następnie zapada w porządny sen na kolejne 3 godziny. Jest niesamowity! Z wyglądu zdecydowanie Jot. Ma podobne rysy, włosy, układ czaszki...Początkowo był mocno opuchnięty ale teraz z dnia na dzień staje się piękniejszy.



Rzeczywiście obaj urodzili się o 5 tygodni za wcześnie, ale przyznaję, że przynajmniej wiem na czym stoimy. W związku z tym, że są wcześniakami, czeka nas wprawdzie pielgrzymka po specjalistach, być może rehabilitacja ale najważniejsze, że już mam ich przy sobie. Odliczam dni do wyjścia ze szpitala ...by móc cieszyć się nimi w domu...

wtorek, 21 czerwca 2011

61. Twixy już są!...

Moje Twixy:))) Wprawdzie pospieszyły się z przyjściem na świat o 5 tygodni, ale pomimo początkowych kłopotów, mają się coraz lepiej:)))) Niestety nie od razu było różowo i chłopcy wciąż przebywają na intensywnej terapii ale z godziny na godzinę jest lepiej:) Mama czuje się tak jak można się czuć po cesarski cięciu :)
Na pierwszy ogień przedstawiam Wojtka.
Urodzony 16.06.2011 o godz. 13:28.Waga: 2575 g, wzrost: 51 cm.
Przez pierwsze dni nie oddychał samodzielnie, wymagał wspomagania ale jak przystało na twardego faceta , od wczoraj jest na własnym oddechu i ma się coraz lepiej:)




Na szczęście po burzy nadchodzi dzień i Wojtuś naprawdę wykazuje się siłą ogromną...nie dość, że zaczął sam oddychać to jeszcze je :) Filmik tutaj:)

Jako drugi urodził się Marek, godz. 13:29.Waga: 2555 g, wzrost: 48 cm. Do wczoraj dojrzewał w inkubatorku. Teraz nabiera sił samodzielnie:) Jest baaardzo podobny do mamusi i starszej siostry:)


Filmik z udziałem Mareczka można zobaczyć tutaj
:)

środa, 15 czerwca 2011

60. FINAL CUT...



Jutro rodzimy! A właściwie rozpakowujemy się:))) Mówiąc wprost..mam pełne portki ze strachu...Nadal nie wiem jak mnie będą znieczulać bo anestezjolog wpadł i uciekł do zabiegu, więc nadal czekam w niewiedzy.
Postanowiłam wciągnąć jeszcze truskawki, bo od 22:00 mam nie jeść...to chyba ostatnie moje truskawki w tym sezonie...potem poczytam i może prześpię ostatnią noc przed najbliższym rokiem nocy nieprzespanych....35 tygodni dobiega końca...od jutra wszystko się zmieni...
Zatem proszę o kciuki jutro ok 10-12 godziny. Jak tylko dam radę postaram się coś napisać.

Ostatnie chwile w trójpaku:)))


niedziela, 12 czerwca 2011

59. Kończymy zabawę...

Nadchodzi decydujący tydzień. Wg licznika na blogu jestem w połowie 35 tygodnia ale wg lekarzy jest to początek 35 tygodnia. Dziś ordynator zadecydował, że kończymy zabawę w środę lub czwartek, czyli pod koniec 35 tygodnia. Jak wytrwałam ten miesiąc w szpitalu to sama nie wiem, ale udało się!!!! Urodzę tylko ( !) 5 tygodni wcześniej. Chłopaki są spore, zastrzyk na rozwój płuc dostali. Musi być dobrze. Od poniedziałku zmniejszają mi leki i zobaczymy. Bardzo bym chciała, żeby wszystko odbyło się zgodnie z planem a nie np. w nocy, na wariackich papierach...Z jednej strony cieszę się, że to już. A z drugiej tak dziwnie... Nie mieści mi się w głowie, że za kilka dni będę mieć dwójkę dodatkowych dzieci, że nikt mnie nie będzie kopał, od środka, że będę mogła normalnie się poruszać, że wrócę do domu...Nie mogę się doczekać....

środa, 8 czerwca 2011

58. Ostatnia prosta...

Wygląda na to, że w ciągu najbliższego tygodnia zostanę mamą. Wczoraj profesor zadecydował, że już nie będą podawać mi już dożylnie tokolizy. Jeśli pojawią się skurcze lub rozwarcie idziemy się ciąć. Jeśli jednak wytrwam do weekendu to wchodzę w tzw. plan zabiegów na początek tygodnia. Profesor po zbadaniu mnie i obejrzeniu brzucha, który jak delikatnie określił :" mały nie jest" stwierdził, że " czas kończyć tę przygodę". Tak się zestresowałam, że to w zasadzie już, że od wczoraj nie mam skurczy:) Okazało się jednak, że mam dość znaczną anemię i niski poziom magnezu więc mnie troszkę teraz pompują by przy cesarce nie wyskoczyły " nieprzewidziane powikłania". Lekarz prowadzący powiedział, że jak grzecznie dotrwam do poniedziałku to będę mogła wybrać sobie datę porodu. I tu zaczyna się problem. Mi pasowałby 13 czerwca w poniedziałek. Równo 11 i pół roku od narodzin Młodej, poza tym 13- tki są dla nas szczęśliwe., ale zdaje się wtedy nie ma mojego prowadzącego lekarza. Wtorek 14 czerwca z niczym mi się nie kojarzy, 15-stego moja ciocia ma imieniny, ale ta data nie bardzo dobra będzie bo Jot ma ważne spotkanie. 17 czerwca urodziny mojej mamy. Wiem, że chciałaby taki prezent ale boję się że po nie dotrwa...no i nie wiem kiedy byłoby najfajniej urodzić. Jest jeszcze opcja 11 czerwca ( sobota) jakby bardzo mi się spieszyło, bo mój polecony pan doktor ma dyżur.... A jak znam życie, chłopcy jeszcze nas w konia zrobią i urodzą się w środku nocy 18 czerwca, wtedy kiedy Jot będzie miał koncert i za cholerę nie będzie mógł dojechać do szpitala:)))
Boję się jak diabli. Z jednej strony cieszę się , że to już. Z drugiej martwi mnie , że to jednak sporo przed czasem. Lekarze mówią , że to już bezpieczny czas dla Twixów, ale jednak 34 tydzień to w zasadzie półtora miesiąca przed terminem. Boję się jak zniosę znieczulenie, boję się powikłań....no boję się, że to już....aaaaaaa

piątek, 3 czerwca 2011

57. Czary mary ....

Od razu się tłumaczę, że już kilka razy miałam posta napisanego i nagle mi wyskakiwało jakieś badanie, wizyta i gdzieś post przepadał. Po pierwsze nadal jesteśmy w trójpaku. Walczymy dzielnie, choć momentami było już ciężko. W zeszłym tygodniu miałam usg : chłopcy wg szacunkowych pomiarów mają ok 2 kg i okazało się, że moja szyjka magicznie wyskoczyła do 2, 4 cm. Niestety tak się ucieszyłam tym "wydłużeniem" , że natychmiast dostałam skurczy. Tym razem wyciszenie ich wymagało już znacznie większego wysiłku ze strony lekarzy, ale też leków dożylnych ( fachowo mówią tu na te kroplówki tokoliza- człowiek uczy się całe życie:)))) Po dwóch dniach udało się opanować sytuację i panowie nadal pozostają w brzuchu. Okazuje się też , że wydłużenie szyjki nie miało nic wspólnego z magią. Zwyczajnie jeden z Twixów obrócił się dupką do dołu i tym samym zmniejszył napór. Dziś znów miała ok 1,6 cm. Czyli szału nie ma. Mam nadal leżeć i pachnieć. Za ok. 1, 5 tygodnia będą powoli zmniejszać dawki leków i zobaczymy co dalej. Ale jeśli zaczną się skurcze to już ich nie będą wyciszać tylko mnie rozpakują. Wg lekarzy jednak może to nastąpić wcześniej...to rozpakowanie. Pocieszalscy co? Jak się zaprę to jeszcze w lipcu będą mnie prosić, żebym urodziła i opuściła szpital:))))
Ale na poważnie. Taki pobyt na patologii ciąży nie jest dobry dla psychiki...nasłuchałam się, naoglądałam tragedii, że zwyczajnie ogarnął mnie totalny strach. Wiem , że zdarzają się komplikacje, dramaty przy porodach, ale co innego o nich słyszeć a co innego widzieć...Mam jednak poczucie, że jestem pod dobrą opieką, czuję się dość bezpiecznie i wszystko musi być dobrze. Jot z Młodą wpadają co kilka dni bo jednak szpital jest dość daleko. Dzielnie sobie radzą i spisują się na medal. Niezły sprawdzian cierpliwości nam zafundowały Twixy. Jeszcze się nie urodziły a już nas tresują:)))

piątek, 27 maja 2011

56. Zaczynamy 33 tydzień...

Plan minimum zakłada ukończone 35-36 tygodni. Zatem w szpitalu pozostaniemy minimum 3-4 tygodnie. Już wiadomo, że do do porodu nas nie wypuszczą. Szyjka niestety nie wydłużyła się w cudowny , magiczny sposób i wg wczorajszego usg miała 1,5 cm...Nie jest gorzej ale lepiej też chyba nie będzie. Mam leżakować i już. Nawet siedzenie nie jest wskazane. No cóż...liczyłam się z tym. W szpitalu jesteśmy cały czas pod kontrolą. Obawiam się, że z moim ADHD w domu nie zdołałabym się zdyscyplinować. Z pewnością wpadłabym na genialny pomysł, żeby coś posprzątać, ogarnąć, pozmywać...A tu leżę i pachnę:) Jot i Młoda jakoś muszą sobie radzić. Nie mają wyjścia. Teściowa przyjechała na kilka dni im pomóc, więc troszkę spokojniejsza jestem, że moje dziecko przynajmniej obiad ma:))) Mnie przy okazji też dokarmia, bo jedzonko szpitalne jest, delikatnie mówiąc, skromne:) Dziwi mnie to o tyle, że całą ciążę słyszę jak ważna dla przyszłych matek jest urozmaicona, bogata w warzywa i owoce dieta....niestety szpitalne realia są zgoła odmienne niż teoria. Oto przykład " urozmaiconego" posiłku dla ciężarnych:)
Śniadanko: chleb, kawałeczek margaryny ( bo przecież nie masła), powidła które raczej pocodzą z laboratorium chemicznego a koło owoców nawet nie leżały.


W poniedziałek lub wtorek będę miała usg i wtedy się dowiem ile chłopaki ważą...ale sądzę, że sporo już bo coraz ciaśniej im w moim ogromnym brzuchu. Wiercą się mocno i niestety nie jest to już przyjemne dla mnie. Ale i to wytrzymam...byleby przyszły na świat o czasie i zdrowe.

niedziela, 22 maja 2011

55. Leżakujemy grzecznie...

Od piątku leżakuję w szpitalu a chłopaki ze mną..może to i lepiej bo teraz nakaz leżenia jest wykonany w 100%, poza tym nie muszę latać co dwa dni do lekarza i jestem pod kontrolą. Nie wiem jak się ma moja szyjka bo w weekend generalnie nikt nikogo nie bada. Pojawiły się jakieś sporadyczne skurcze, w związku z czym dostałam dodatkową ,maksymalną już dawkę Fenoterolu i mam nadzieję, że na tym się skończy. Nie mam pojęcia czy nas wypuszczą, czy już będziemy inkubować do końca. W każdym razie jedno jest pewne: Niech żyje XXI wiek!!!! Mam komórkę, mam internet, mam kontakt ze światem, oddział na którym leżę został otwarty miesiąc temu więc wszystko pachnie nowością. Na dodatek mam przemiłe towarzystwo na sali więc nie nudzimy się...jest ok. Oby wytrwać jak najdłużej..

piątek, 20 maja 2011

54.Idę do szpitala...jednak...

Szyjka skróciła się do 1,3 cm...fenoterol nie pomógł. Dostałam skierowanie do szpitala. Odezwę się jak tylko będę mogła, póki co proszę o wieeelkie kciuki. 32 tygodnie to mimo wszystko za wcześnie...nawet jak na bliźniaki.
Buźka

środa, 18 maja 2011

53. Wyrok odroczony....

Nie muszę zostawać w szpitalu...na razie:))) Szyjka wprawdzie nie wydłużyła się cudownie ale nie jest krótsza. Ujście wewnętrzne rozwarte sporo ale póki co lekarz stwierdził, że nie trzeba mnie kłaść na oddział- na szczęście. Wolę leżeć we własnych pieleszach chociaż łatwe to nie jest. To takie leżenie troszkę oszukiwane...dzisiaj np. zachciało mi się takiej duszonej, młodej kapusty...Moja Młoda otrzymała więc zlecenie zakupowe i może nie na leżąco, ale na siedząco, ale zrobiłam sobie. Wciągnę jutro z młodymi ziemniaczkami...już się nie mogę doczekać.
Wracając do Twixów to przy okazji dzisiejszej kontroli miałam ktg a potem usg. Chłopaki są ułożeni główkowo, serducha im biją jak dzwony i mają po ok. 1800 g każdy. Nic dziwnego więc, że moja szyjka powoli poddaje się sile grawitacji...Muszę przyznać, że zaczynam mieć porządnego stracha. Obawiam się jak to będzie kiedy się urodzą, jak zniosę poród, jak chłopcy go zniosą...no generalnie, co tu dużo mówić...boję się jak cholera.

wtorek, 17 maja 2011

52.Skończyły się żarty...

Byłam dziś na kontroli szyjki...niestety nie widać jakiejś super poprawy. Mam przyjść w środę i niestety, jeśli nie będzie zmian na lepsze, będę musiała zostać w szpitalu. Poza tym zapomniałam wspomnieć lekarzowi, że kiedyś miałam problemy z astmą a niestety Fenoterol może zaostrzać chorobę. O astmie zapomniałam sto lat temu, bo wraz z okresem dojrzewania skończyły się duszności. Jednak teraz obserwuję u siebie bezproduktywny kaszel co wg lekarza może być właśnie działaniem ubocznym Fenoterolu i być może będzie go trzeba zmienić na jakiś inny lek w kroplówce...a to już tylko na oddziale...Leżę dziś więc plackiem, jutro też taki mam plan i mam nadzieję, że jednak nie będę musiała się kłaść do tego szpitala...Nie podoba mi się perspektywa spędzenia najbliższych tygodni poza domem...wiem, że jak będzie trzeba to trudno ale ciężko mi się z tym pogodzić. Tyle spraw jeszcze na głowie, że pewnie jak nie pójdę do tego szpitala to nie poleżę uczciwie. Z drugiej strony nie chciałabym by chłopcy urodzili się za wcześnie. Jestem zła , smuta i w ogóle zagubiona....Na szczęście mam już kupione prawie wszystko i dla siebie i dla Twixów, teściowa obiecała , że przyjedzie by pomóc mężowi i troszkę dopilnować Młodej...w sumie to pewnie jakoś damy radę....a no i jeszcze dogadałam się z moją babcią ( tak z babcią!) że pożyczy mi swój gwizdek na internet bezprzewodowy więc nie będę tak całkiem odcięta od świata. Póki co proszę o kciuki by jednak ta szyjka jakoś się wydłużyła...

piątek, 13 maja 2011

51. czary mary...

Dziwne rzeczy. Post wrócił na bloga ....ciekawe czy komentarz mamy Franka też wróci bo na razie nadal zjedzony przez Ambę. Widać jakaś większa awaria była na blogerze. Oby ostatnia:)

50. Amba zjadła posta...a ja inkubuję

Od wczoraj nie miałam dostępu do mojego bloga. Teraz udało mi się zalogować ale widzę, że znikł mi ostatni post...nie podoba mi się to wcale. Poczekam może się odnajdzie gdzieś...W każdym razie dziś było dalsze kucie łazienki. Pan remonciarz naprawił rurkę i czekamy czy mur zacznie schnąć...mam nadzieję, że to już koniec niespodzianek bo niestety skończyły się żarty. Dziś byłam u lekarza. Szyjka znów się skróciła i dostałam leki abym za szybko nie urodziła. Na szczęście nie jest tak źle i do szpitala nie muszę się kłaść ale trzeba się już na poważnie położyć i wspomóc farmakologią. Biorę Fenoterol po którym mam telepawkę, drżenia, kołatanie serca i inne atrakcje oraz Isoptin aby tym atrakcjom jakoś zapobiec choćby minimalnie. Jestem po kilku dawkach i powiem szczerze, że tragedii nie ma a brzuch zdecydowanie miększy. Leżę karnie więc choć wcale nie jest mi wygodnie...jakoś wolę siedzieć no ale trudno. Na szczęście wczoraj poprasowałam wszystkie rzeczy dla maluchów, poukładałam. Dziś dokupiłam parę drobiazgów do szpitala, zrobiłam listę co jeszcze trzeba kupić i inkubuję:) Cóż, czas na męża i córkę. Ciekawe jak się spiszą:)
Póki co mój brzuch z profilu:)))





Jest co dźwigać prawda?:)

czwartek, 12 maja 2011

49. Nie bądź Pan rura i nie pękaj...

Chciałam zamieścić dzisiaj zdjęcia mieszkania po remoncie, troszkę się pochwalić...no i się pochwaliłam. Otóż pomimo przetkanego kibelka, mojego Jot wciąż niepokoiła plama na murze...że dziwny kształt, że nie schnie, że Bóg wie co...Zawołał speca i wspólnie doszli do wniosku , że plama nie ma prawa pochodzić z kanalizacji ( zatem zatkany kibelek nie był przyczyną) bo jest za wysoko...Debatowali, kombinowali, główkowali po czym wzięli młotek i moja łazienka, moja duma i cacuszko wygląda teraz tak:(


Wkurzona jestem jak diabli no ale uczciwie przyznaję, że mam mądrego męża. Okazało się, że rzeczywiście plama i kibelek nie mają ze sobą nic wspólnego. Przypadek, że oba problemy ujawniły się w tym samym czasie. Sprawczynią plamy jest stara rurka wodna, która zaczęła przepuszczać na zaślepce....no cóż znów ubieram zbroję i staram się być cierpliwa. Idę prasować ubranka dla Twixów...ciekawe czy szybciej skończę remont czy urodzę:)
A jeszcze tak dla relaksu przypomniał mi się skeczyk Kobuszewskiego i już wiem, że ...woda musi się lać:). Polecam obejrzeć..jakoś od razu na sercu lżej:)

poniedziałek, 9 maja 2011

48.Oswajanie przestrzeni...

Pan remonciarz mimo obietnic nie przyszedł i nie zadzwonił... ja w ramach "świętokrowienia" postanowiłam nie przejmować się tym i zleciłam Jot by to on zadzwonił i "coś" ustalił. Sądzę więc, że już więcej pana remonciarza nie ujrzę bo w zależności od tego co nastąpi jutro, albo się przestraszy i będzie się bał mojego Jot, albo nie odezwie się nadal bo mój Jot zwyczajnie do niego nie zadzwoni. Na szczęście mam to już gdzieś. Woda w kibelku spływa, plama na elewacji jakby troszkę mniejsza i wysycha więc postanowiłam nieco wyluzować. Niestety fuga na kaflach w przedpokoju wykrusza się niezmiennie , ale tym też nie mam zamiaru się przejmować...i tak mi się te kafle nie podobają, więc jakby co założymy sobie panele albo wykładzinę. Ostatecznie nie wypłaciliśmy remonciarzowi 500 zł - najwyżej coś wykombinujemy. Za to od wczoraj mam szafę!!! Piękną, ogromną, wysoką do samiuteńkiego sufitu, szafę!!! Nawet z moim wielim brzuchem mogłabym do niej wejść cała. W związku z tym udało mi się poukładać jakoś wszystkie rzeczy w środku i od razu ładniej się zrobiło. Jutro zabieram się wreszcie za segregowanie ubrań i sprzętów dla Twixów. Mieszkanko powoli zaczyna wyglądać. To prawda, że każdą przestrzeń trzeba oswoić. Tylko potrzeba do tego kasy albo czasu....czasu trochę jeszcze mam więc nie powinno być źle. Chłopaki od kilku dni dały mi wreszcie chwilkę wytchnienia. Poukładali się jakoś bardziej sensownie dzięki czemu nie latam jak oszalała do toalety, przeszła mi zgaga i mogę lepiej oddychać. Za to wojują ostro i wyraźnie jest im już trochę ciasno, bo rozpychają się jakby chcieli wyjść. No ale to akurat da się przeżyć... Koniec końców może jakimś cudem wyrobimy się z przygotowaniem wszystkiego na ich przyjście na świat.
ps. w ramach "opieki nad ciężarną" kupiłam sobie dzisiaj koszulkę i szlafroczek do szpitala oraz mini szampon...zatem 1/10 torby spakowana:)

czwartek, 5 maja 2011

47. Popełnię dziś morderstwo....

Ostrzegam , jeśli ktoś bardziej wrażliwy, niech nie czyta..będzie z grubej rury i momentami obrzydliwie...
Pisałam już, że mamy zatkany kibel? No więc zatkał się jeszcze bardziej. W zasadzie to przestał całkowicie przyjmować...no dobra, przyznaję, że przez trzy dni u teściów miałam zaparcie i dopiero na własnym kibelku mi przeszło...rzeczywiście ładunek był spory ale na Boga, nie aż tak, żeby zatkał całą kanalizację. Walczyliśmy od wczoraj dzielnie, stosując wszelakie środki do udrożniania rur, szczotki, druty...w ruch poszły już nawet rękawice gumowe. Na nic...zawartość kibelka jedynie podnosiła się ku górze. Podejrzewając, że problemy wynikają z wadliwie założonej instalacji zadzwoniłam do remonciarza. Skubaniec odrzucił moje połączenie. Nawet nie oddzwonił! Już wtedy poczułam nieodpartą chęć urwania mu głowy. Z racji późnej już pory, odłożyliśmy walkę z fekaliami do dziś. Niestety rano nic się nie zmieniło. Mówiąc wprost: gówno jak stało tak stało. Nawet na pół centymetra nie opadło niżej:( Gorzej bo zadzwonił do nas sąsiad z pytaniem czy przypadkiem nie mamy problemu z kanalizacją...No czaronik jakiś! Ale niestety- okazuje się, że na elewacji naszego budynku, dokładnie przy naszej łazience , rośnie piękna, gówniano-rdzawa, mokra plama. Na szczęście u sąsiada na suficie nie pojawiła się...jeszcze. Pan remonciarz tym razem telefon odebrał, ale stwierdził, że jest na wyjeździe pod Warszawą..wstrętny kłamczuch! Dwa dni wcześniej mówił, że zaczyna robotę pod Wrocławiem. To w jaki sposób nakazałam mu przyjazd nie nadaje się do publikacji zwłaszcza przed godz. 22, ale szczerze mówiąc dawno nie byłam tak wnerwiona. Coś chłopina jeszcze jęczał do słuchawki ale już go nie słuchałam. Zadzwoniłam po pogotowie kanalizacyjne. Za "jedyne" 150 zł przemiły ( już nigdy nie dam się nabrać na miłego fachowca....nasz remonciarz też był przesympatyczny i co???) hydraulik odetkał kibelek. Niestety ostrzegł nas , że gówniano-rdzawa, plama na elewacji może być wynikiem wycieku z pionu...w skrócie to oznaczałoby kucie naszej cudnej, świeżo wyremontowanej łazienki. A dla mnie chyba zawał albo przedwczesny poród. W związku z powyższym od dwóch godzin planuję zbrodnię na naszym remonciarzu, który albo źle podłączył pion, albo powrzucał fugi i inne gipsy do kibla i zwyczajnie go zatkał. Jedno jest pewne: 500 zł , które miałam jeszcze dopłacić już nie dostanie. Chce mi się wyć!!! Nie mam pojęcia co dalej z tymi rurami. Na razie woda z kibelka schodzi pięknie...ciekawe tylko co z sąsiadem z dołu i plamą na zewnątrz... Póki co , mam na głowie jeszcze wspólnotę, która ma do mnie pretensje, że świeżo zrobioną elewację załatwiliśmy ( haha w sensie dosłownym) .
Żeby było mało pecha dzisiaj to dostałam jeszcze mandat za parkowanie: Miałam dziś sprawę w sądzie ( dla niewtajemniczonych od dwóch lat walczę z ubezpieczycielem o odszkodowanie za to, że wpadłam w niezabezpieczoną studzienkę kanalizacyjną..ale to historia na inny post). Kupiłam bilet na prawie 2 godziny. Niestety sprawa się przeciągnęła i wyszłam po 2 godzinach i 20 minutach. Hieny tylko na to czekały, bo przecież wiadomo, że nie przeproszę sędziego i nie wyskoczę z rozprawy by dokupić bilet na parkowanie.
....dobrze, że ten dzień się skończył. Jutro idę do kosmetyczki zrobić sobie paznokcie u nóg...a co...skoro nie mogę być świętą krową bo ciągle coś wyskakuje, to chociaż będę miała ładne stopy:)
PS. Zbrodni pewnie nie popełnię ale poważnie rozważam założenie stowarzyszenia przeciwko niefachowym fachowcom...jeśli ktoś da mi namiary na ekipę, po której nie trzeba nic poprawiać i nie zostawiają człowieka w samych majtkach ( koszty) to ozłocę..

środa, 4 maja 2011

46. A na dodatek spadł śnieg....

Rano wizyta u lekarza- na szczęście szyjka bez zmian więc jest dobrze. Twixy zrobiły mały przewrót także od wczoraj czuję się nieco lepiej ( wolę zgagę niż ucisk na pęcherz). Przespałam chyba pierwszą od tygodnia noc...trzy wizyty w toalecie to super wynik po ostatnich wędrówkach co 15 minut. Jestem umęczona niemiłosiernie. Nie ma już pozycji w której jest mi wygodnie:( Mam zgagę, bolą mnie biodra i żebra...Nie ma jednak co narzekać. Chłopaki ważą już po ok 1,5 kg więc jest co dźwigać. Okazuje się też, że ból pępka to przepuklina. Lekarz pokazywał mi ją dzisiaj na usg: 8 mm pod skórą jest już macica, dlatego takie to nieprzyjemne...wg niego powinno się cofnąć jak młode się urodzą. Oby...Ustaliliśmy też , że muszę wytrzymać jeszcze 6 tygodni, żeby chłopaki mogły przyjść bezpiecznie na świat...No cóż to z pewnością będzie ciężkie półtora miesiąca...i coraz bardziej się boję czy dam radę.
Dzisiaj też, dwa miesiące przed terminem obroniłam dyplom na studiach podyplomowych. Kolejny wrzód z ...głowy:) Udało mi się jakoś pozaliczać wszystko wcześniej i szczęśliwie nie muszę już więcej jeździć na zajęcia. Niestety w dwa dni zrobiłam ponad 300 km samochodem i oświadczam, że jeśli mój mąż nie zbierze się w końcu i nie zrobi prawka to się rozwiodę. Nie mogę już patrzeć na kierownicę. W ogóle ma dość bycia dzielną. Mam ochotę zamienić się w świętą krowę i naprawdę olać wszystko i wszystkich..no ale niestety kilka spraw muszę jeszcze doprowadzić do końca....
A tak poza tym to...
  • nie umiemy podłączyć domofonu ( pan spec też nie umie),
  • zapchał nam się kibel i to tak, że całe opakowanie kreta nie dało sobie rady,
  • padł system w komputerze do pracy , w związku z czym Jot od wczoraj jest w nastroju nieprzysiadalnym, bo ma full roboty a musi wszystko na nowo zainstalować,
  • pan remonciarz tak poprawił kafelki , że teraz ruszają się te sąsiednie...i chyba o tym wie bo nie odbiera telefonów...na szczęście jeszcze 500 zł miał do wypłaty więc chyba już ich nie zobaczy
  • i na dodatek padał śnieg - w maju!!!!

czwartek, 28 kwietnia 2011

45. Wykończona...

Nie cierpię remontów. To już pisałam nie raz. Ale teraz już nie cierpię jbardzo. Mam dość, jestem zmęczona, zniechęcona, wkurzona. Wychwalałam swojego pana remonciarza wprawdzie ale widać obliczony jest na pracę do 6 tygodni. Potem gwałtownie spada mu tempo. Na szczęście , jakimś cudem, udało nam się już wprowadzić. Od poniedziałku wielkanocnego jesteśmy u siebie. Wprawdzie w kurzu, na kartonach ale we własnych czterech ścianach. Moja biedna mama, która przyjechała na święta, cały weekend pomagała nam sprzątać, Jot nosił pudła, ja dzielnie układałam co się dało...Niestety jest jeszcze kupa pracy. Pan remonciarz codziennie się melduje i wykańcza...nie tylko to czego nie zrobił ale przede wszystkim mnie. Mam ochotę go zamordować. Grzebie się z pierdołami co doprowadza mnie do rozpaczy. Nie mogę sobie nic posprzątać na tip top bo codziennie zasypuje mnie gipsem...Z utęsknieniem czekam też na szafę. Jednak powoli nas widać i to jest najważniejsze. Niestety ja przez to całe zamieszanie nieco opadłam z sił. Po wczorajszej wizycie u lekarza dostałam nakaz leżenia- pojawiło się małe rozwarcie:( na szczęście nie muszę leżeć plackiem , ale pan doktor kazał mi już naprawdę odpuścić sprzątanie i tym podobne prace..łatwo mówić:( Za to chłopaki czują się świetnie. Ważą już ok 1400 g i zaczęli nieźle mi dokuczać. Noce są koszmarne. Nie jestem w stanie samodzielnie odwrócić się na bok, wszystko boli i ugniata. Rzeczywiście jest mi już dość upiornie...a tu dobrze by było wytrwać jeszcze 7 tygodni...
Najbardziej jednak stresuje mnie fakt, że wciąż trwa remont, mam nakaz leżenia a ja nie mam nic gotowe:( Na szczęście mamusia zaopatrzyła mnie we wszystkie najważniejsze sprzęty; wózek, foteliki, łóżeczka, ciuszki , butelki itd,ale teraz trzeba to jakoś poukładać, ogarnąć, parę rzeczy dokupić...marudzę co?
No marudzę bo jestem wykończona całym tym zamieszaniem ostatnich tygodni. Ale jeszcze chwilka i będę naprawdę mogła w spokoju czekać na moje Twixy....

piątek, 8 kwietnia 2011

44. Brzuchol...

Obiecałam już dawno, ale przez remontowe zamieszanie mam dość ograniczony dostęp do komputera i internetu. W końcu jednak udało mi się obrobić parę fotek więc wrzucam na pożarcie:)))
Oto 17 tydzień ciąży:



Tu już 19 tydzień z Twixami:
21 tygodni:


Obecnie mamy już 26 tydzień ale nie mam aktualnego zdjęcia brzuchola. Mam za to kilka fotek z 24 tygodnia:


Rośniemy jak na drożdżach co?:)

środa, 6 kwietnia 2011

43. Cukiereczek...

Czas leci jak szalony. Sama w to nie wierzę, ale Twixy mają już 26 tygodni!!!! Pan doktor mówi, że za jakieś 6-8 tygodni będą już mogły bezpiecznie przyjść na świat jeśli bardzo będą chciały. Jednak ja zakazałam im pojawiać się na świecie wcześniej niż w połowie czerwca. Mam na głowie jeszcze parę egzaminów więc nie mają wyjścia i muszą słuchać matki:) Chłopaki rosną jak na drożdżach i ważą już ponad 900 g i są praktycznie równi. Niestety ta imponująca masa wynika troszkę, z faktu, że zaczął mi skakać cukier. Dostałam glukometr i 6 razy dziennie się kłuję. Upierdliwe to bardzo ale cóż. Póki co kontroluję wyniki i mam trzymać dietę, która wcale mi się nie podoba. Słodycze i wszelkie węglowodany odpadają. Owoce także nie są najlepsze. i to nie podoba mi się najbardziej! Na razie nie potrafię tego ogarnąć, przerasta mnie to kombinowanie z jedzeniem. Nie wiem co można, czego nie ...ale pewnie i tego będzie trzeba się nauczyć. Nie ja pierwsze i nie ostatnia.
Poza uciążliwością cukrową, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja też czuję się nie najgorzej, choć momentami bywa już ciężkawo. Najbardziej wkurzające jest to , że zrobiłam się taka nieporadna. Brzuch jest ogromniasty i zaczął mi przeszkadzać. Do tego jak panowie się obudzą, to wyglądam jakbym miała w środku obcego. Cały balon faluje i podskakuje- oczywiście ku radości i uciesze otoczenia , które widząc to natychmiast przykłada łapki do brzucha. W każdym razie źle nie jest choć bywa już upierdliwie.
Z frontu remontowego:
Remont dalej trwa ....wrrr ....chociaż światełko w tunelu jest bo spec obiecał, że 15 kwietnia opuszcza nas. Yeahh!!! Mogę spać na podłodze nawet - byleby już u siebie. Ale marudzić nie będę, bo już widzę jak ładnie będzie. Niestety kasa też topnieje i trzeba będzie kilka rzeczy odłożyć na później. Za to mam prześliczną i przecudną szczotkę do kibelka oraz mydelniczkę:))) jeszcze tylko 10 dni i będziemy u siebie:))))

wtorek, 15 marca 2011

42. Z rodziną na obrazku?....

Nawet najukochańsi i najmniej upierdliwi goście z czasem zaczynają denerwować. Od prawie trzech tygodni mieszkamy kątem u rodziny. Niby mieszkanie wielkie, wszyscy gdzieś latają to do pracy, to do szkoły i nie wpadamy na siebie, ale jednak po trzech tygodniach wszystkim to pomieszkiwanie daje się we znaki. Nie dochodzi na szczęście do żadnych sprzeczek, dogadujemy się, ale sytuacja mimo wszystko jest męcząca dla obu stron. Z Jot już codziennie jeździmy do naszego remonciku sprawdzić, czy przypadkiem nie da się już mieszkać...no i dupa blada. Niby robota idzie naprzód, widać zmiany ale wciąż jest totalny sajgon. Nie ma szans na to, żeby w takim pierdolniku mieszkać...zwłaszcza z dzieckiem i w ciąży. Liczę, że za jakieś dwa tygodnie będzie już można powolutku się przenosić. Obym się nie przeliczyła. Jedno jest pewne...będziemy mieli ładnie. Już nie mogę się doczekać. Od 10 lat wszystkie remonty robiliśmy sami. Oczywiście bez kasy i umiejętności, ale z wielkimi chęciami. Jot sam kładł kafelki, robił zabudowy...nawet szafki w kuchni sklecił. Ja byłam specjalistką od malowania ścian i dekoracji. Tym razem po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu, remont zleciliśmy fachowcom....różnica widoczna jest już na pierwszy rzut oka:))) To dla nas ważny moment. Dojrzeliśmy na tyle , że denerwują już nas meble typu regał z IKEA i kartoniki zamiast szuflad...mi to nawet wymarzyła się firanka w pokoju i dywan...starość nie radość. Wracając do mieszkania u rodziny...nawet mi się wczoraj troszkę popłakało..niby wszystko ok, a jednak człowiek nie jest u siebie. Ciągle mam wrażenie , że już za długo komuś siedzimy na głowie. Odczuwam to tym bardziej, że od tygodnia siedzę na zwolnieniu. Lekarz stwierdził, że dosyć bohaterstwa z mojej strony i kazał więcej odpoczywać. Może i dobrze, bo doszły mnie słuchy , że wśród młodzieży pogrom grypo-wirusowy. Faktycznie nie ma co ryzykować, tym bardziej, że rzeczywiści zaczęłam mocno odczuwać zaawansowanie ciąży. Nie jestem już w stanie tyle chodzić, stać....no nie ma co. teraz już naprawdę zwalniam. Twixy są najważniejsze a praca nie zając...jakoś dadzą sobie beze mnie radę.


sobota, 12 marca 2011

41. Państwo pozwolą...

...że przedstawię moich synów.
Oto Marek- waga 460 g

A to syn mój drugi- Wojciechem zwany, waga 430 g:

Chłopaki, jak zresztą widać, mają się znakomicie. Ja generalnie też...Generalnie bo od kilku dni mam kłopoty z niskim ciśnieniem. Wczoraj na przykład przestraszyłam się nie żarty. Bardzo źle się poczułam i okazało się, że spadło do 70/30 ...lekarz powiedział, że to za dużo aby umrzeć, ale za mało by żyć. Kazał wypić kawę i butelkę coca coli. Pomogło. Dziś już skoczyło do 90/50:))) Zawrotne wręcz, ale czuję się znacznie lepiej. Znów coca cola ratuje mi życie:))))
Obiecuję, że w najbliższych dniach zamieszczę fotki brzuchowe...(a zaprawdę jest już co pokazywać) oraz relację remontową.

czwartek, 3 marca 2011

40. Totalna demolka...

Wreszcie zaczął się remont mieszkania. Niestety z dwutygodniowym poślizgiem bowiem pan remonciarz, jak połowa społeczeństwa, poległ na grypę. Na szczęście ozdrowiał już i wziął się do dzieła. Od ponad tygodnia mieszkamy u rodziny. Jeszcze się nie zjedliśmy na wzajem. Ba, nie doszło nawet do spięć...na razie:))) Przygotowanie mieszkania do remontu i nasza wyprowadzka to gorsze jak wojna. Przez trzy dni ja pakowałam kartony, Jot z teściem je wynosili i upychali w piwnicy. Niesamowite ile można rzeczy zmieścić na 8 metrach kwadratowych. W pewnym momencie jej pojemność się wyczerpała i resztę rzeczy ulokowaliśmy w piwnicach znajomych. Na dzień dzisiejszy nie mam zielonego pojęcia co gdzie jest. Nie jest źle. Wolę taki układ niż mieszkanie przez miesiąc w pyle i brudzie. Póki co wygląda na to, że prace postępują zgodnie z planem. Pan rozwala, my wydajemy kasę...czyli wszystko się zgadza. Szkoda, że nie da się dobudować jeszcze jednego pokoju...

W kwestii Twixowej sprawy mają się dobrze. Oba chłopaki kopią, wiercą się i mi nie dają spać. W poniedziałek idziemy na USG połówkowe. Po raz pierwszy rodzinnie. Jot został postawiony przed faktem dokonanym ( idzie choćby nawet nie chciał:) a Młoda sama się domagała więc pozwoliłam jej...niech się cieszy. Nadal pracuję, ale chyba czas odpocząć. Wieczorami już odczuwam skutki całodniowego biegania.Brzuch rośnie mi w tempie piorunującym. Jakieś 2 tygodnie temu miałam 102 cm w obwodzie..teraz boję się wyciągnąć miarkę. Na szczęście podniósł się nieco i nie biegam już po nocach do toalety...za to zgaga nie daje żyć bo górny kawaler uciska na żołądek...
a no i smutna wiadomość..przez to, że nie mieszkamy w domu mam ograniczony dostęp do internetu i na dodatek zepsuł mi się laptop. Jot strącił go z fotela i nie działa. Dlatego w najbliższym czasie muszę korzystać z uprzejmości rodziny...

niedziela, 20 lutego 2011

39. Błogostan????

No i strzelił mi półmetek ciąży. W sumie to wątpię bym 40 tygodni z bliźniakami wytrwała, ale według wszelakich norm to jestem dokładnie w połowie ciąży i już. Mam jednak nieodparte wrażenie, że najcięższy czas jeszcze przede mną....
Na początek muszę przedstawić wszystkim naszego ( mojego i Twixów) wroga. Pani E. Coli. Skubana całkiem ładnie wygląda a taka franca...


Ta sama dama dopadła mnie już wcześniej..tym razem ulokowała się w moim układzie moczowym i to ona winna jest prawdopodobnie wszystkim przebojom z ostatnich tygodni. Generalnie nie jest to bakteria groźna, ale tylko w jelitach. Jeśli zamieszka w innym organie zaczyna się polka. Ponieważ ja i pani E. Coli nie chcemy mieszkać razem...no dobra ona może i by chciała ale ja się na to nie zgadzam, dlatego od tygodnia biorę końską dawkę antybiotyku. Lekarz zapewnił mnie, że nie zaszkodzi on Twixom więc walczę dzielnie. Póki co walka jest nie równa bo dostałam porządnej zgagi...Ale trudno- trzeba być twardym :))) Poza tym muszę przyznać, że w ostatnim tygodniu zamieniłam się w dyszącą , bekającą i stękającą babę. Twix z górnego pokoiku ( zwany Markiem) uciska mi na przeponę i żołądek. Dyszę jak lokomotywa, nie mogę się schylić bo mam cofki, pali mnie zgaga, mam kłopot z nabraniem powietrza..masakra kompletna. Pomaga jedynie coca cola i leżenie do góry brzuchem więc popijam litrami..no ale potem ...no potem bekam i jak tego gazu się nałykam to i ...no kurde z drugiej strony też się ulatnia...Jeśli jeszcze raz usłyszę, że ciąża to stan błogosławiony to normalnie rozszarpię chyba...

poniedziałek, 14 lutego 2011

38. Marek, Wojtek i...

Byłam dziś u lekarza...najpierw twierdzi, że to nadal za wcześnie by rozpoznać płeć na 100 % ale jak tylko przykłada głowicę do brzucha nie ma już wątpliwości. Twixy są stuprocentowymi facecikami:)))) No jeden to tak na 98 % ...mają wszystko co potrzeba i wszystko na swoim miejscu. No cóż..Trzeba to będzie jakoś opanować. Marek i Wojtek zatem. Niech i tak będzie. Chłopaki leżą piętrowo, jeden nad drugim dlatego mam taki duży brzuch i sapię jak lokomotywa. Górny Twix uciska mi w przeponę i kopie w żołądek. Mam nadzieję, że z tym leżeniem na sobie to im w krew nie wejdzie:))) Poza tym prawie wszystko ok. Okazuje się, że za problemy z nerkami odpowiedzialna jest bakteria. Jutro odbieram wynik posiewu i dowiem się jak nazywa się sprawczyni całego zamieszania i czym ją zlikwidować...mam nadzieję, że po antybiotyku będzie już wszystko dobrze. Pan doktor znów wychwala moją długą szyjkę macicy i pieje nad cudownym , zamkniętym ujściem kanału:)))
Zaraz po wizycie dzwonię do JOT...Zachwycony stwierdza, że wreszcie kupi sobie ..tfu..chłopakom..te wszystkie zabawki o których marzył kiedy był małym chłopcem. Teraz od godziny słucham o kolejce elektrycznej, o zdalnie sterowanych samochodzikach, helikopterze na baterię, modelu statku na prawdziwą benzynę...Coś mi się zdaje, że będę miała nie dwóch a trzech małych chłopców...


czwartek, 10 lutego 2011

37. Szok....

Dziś mi wcale nie do śmiechu. To co dziś usłyszałam sprawiło, że jestem w totalnym szoku. Nie potrafię sobie z tym poradzić, jestem przerażona i zupełnie zagubiona....
Spotkałam znajomą. Jej córka, równolatka i koleżanka mojej Młodej ze szkoły, w poniedziałek jak zwykle wracała po zakończonych lekcjach do domu. Mieszka zaledwie dwie ulice dalej. Dzielnica spokojna i zdawałoby się, że bezpieczna. Początkowo szła z koleżankami, a potem skręciła już sama w swoją uliczkę. Była jakieś 300 metrów od bramy gdy nagle jakiś skurwysyn wyskoczył z samochodu i wciągnął ją do środka. Mała nawet nie zdążyła krzyknąć, w pobliżu akurat nikogo nie było. Wykorzystał sytuację...być może jechał spod szkoły za dzieckiem...Na szczęście zanim ten zwyrodnialec wsiadł za kierownicę, dziewczynce udało się otworzyć drugie drzwi i uciec. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić co by było, do czego mogło dojść gdyby te drzwi były zamknięte, albo gdyby facet uśpił ją np. eterem. Nikt by nawet nie wiedział co się stało. Nie wiem jak sobie poradzić z tym. Co się dzieje??? Boję się teraz Młodą puścić gdziekolwiek samą, chociaż to już przecież duża pannica. Powrót ze szkoły, która jest raptem dwie ulice od domu wydawał mi się bezpieczny. Wpadłam w totalną paranoję zwłaszcza, że kilka tygodni temu słyszałam o podobnym zdarzeniu- porwano dziewczynkę w dużym centrum handlowym. Znalazła się ale...miała wyciętą nerkę. Na jakim świecie żyjemy???? Jak uchronić nasze dzieci przed takimi zdarzeniami???
Jestem zagubiona....
**** Ufff na szczęście historia o porwaniu w markecie to tzw. " urban story"- tutaj można przeczytać więcej. No ale historia ze szkoły mojej córki jest niestety zupełnie prawdziwa:(((

wtorek, 8 lutego 2011

36. Wróciłam:)....

Torba spakowana, dyspozycje rodzinie wydane. Jadę do szpitala. Na początek zdziwienie. Korki niemiłosierne. Nie uda mi się chyba przebić przez miasto w 20 minut. Zapomniałam, że poranek na trasie do mojej pracy wygląda troszkę inaczej niż droga przez centrum miasta. Po raz pierwszy doceniam odległość pracy od domu. Wyjeżdżam zawsze 15 minut przed pierwszą lekcją. Kilka bocznych uliczek , jeden skrót i jestem spokojnie na czas. Do szpitala dojeżdżam ostatecznie po 45 minutach. I kolejny szok. Znalezienie miejsca do parkowania po godzinie 8 graniczy z cudem. Po kolejnych 15 minutach udaje mi się upolować kawałek wolnego trawnika...tak, tak...wiem, że to nieładnie ale cóż. I tak zaparkowałam kilka ulic od szpitala, a trawnik jest całkowicie zastawiony nie tylko przez moje auto. Ostatecznie zgłaszam się na oddział jakąś godzinę po czasie. Lekarz prosi, żeby czekać. Oczywiście. Cierpliwie siadam w poczekalni. Po20 minutach pęcherz daje znać o sobie. Ok, znaczy dobrze przygotowałam się do usg:) Kazali pić to piję. Jednak po kolejnym kwadransie oczekiwania na lekarza, zaczynam przebierać nogami. Kiedy pan doktor pokazuje się w drzwiach, prawie rzucam mu się na szyję z radości i szybko informuję, że pojemność mojego pęcherza osiąga stan alarmowy. Ze pełnym zrozumieniem, już nie nakazuje mi czekać dłużej tylko zabiera do gabinetu. Po przyłożeniu głowicy w okolice pęcherza stwierdza, że jest pełen podziwu dla mojej wytrzymałości. Okazuje się , że ilość płynu jaką zgromadziłam jest imponująca, a jak na mój stan ( ciążowy chyba) wręcz niewiarygodna. Nagle pan doktor marszczy brwi....
- Hmmm, który to tydzień ciąży?- pyta
- Zaczynam osiemnasty- grzecznie odpowiadam- a co? ( bardzo inteligentnie pytam:)
- Kiedy była pani ostatnio na badaniu?
- Hmmmm, no jakieś 2 tygodnie temu, a co ? ( znów bardzo inteligentnie) Teraz jest mi już nie do śmiechu. Co znowu? Serce mi przyspiesza...
- Bo wie Pani, ja tu widzę.....( Na boga mówże wreszcie człowieku co tam widzisz bo zawału dostanę!!!)...bo ja widzę dwoje dzieci, czy Pani o tym wie? - pyta wystraszony.
O ratunku, ale mnie nastraszył. No w sumie to zapomniałam chyba uprzedzić go , że jestem w ciąży mnogiej...Biedaczek. Tak się zestresował:)
- No jasne , że wiem.
Lekarz głośno wypuszcza powietrze co wyraźnie oznacza ulgę. Biedny, bał się, że nie wiem i że właśnie dokonał wielkiego odkrycia:) Dalej już spokojnie ogląda nerki, pęcherz. Na szczęście wszystko wygląda dobrze. Nie widać niczego niepokojącego. Koniec badania. Lecę do toalety bo pojemność pęcherza jest już w fazie krytycznej.
Po powrocie rozmawiamy już na spokojnie. Mam jeszcze wykonać posiew moczu, bo być może całe zamieszanie spowodowane jest jakąś błahą bakterią i wystarczy wycelować dobry antybiotyk. Jeśli jednak badanie będzie jałowe to będzie trzeba zajrzeć do środka czyli....wtedy już na bank szpital...Pierwszy raz w życiu liczę na to , że mam infekcję bakteryjną. Najważniejsze, że nie musiałam zostać. Widok starszych panów z workami pełnymi moczu u pasa zniechęcił mnie już ostatecznie do pobytu na tym oddziale więc:))) Mój Jot śmieje się, że raczej brak internetu i dostępu do bloga i facebooka:)

poniedziałek, 7 lutego 2011

35. Idę do szpitala...

Niestety sprawa mojego pęcherza , tudzież ewentualnych kamieni i ich rodzenia, według lekarzy wymaga dokładniejszej diagnostyki. Jutro rano mam się zgłosić na oddział urologiczny. Jest szansa, że wszystkie badania zrobią w trybie ambulatoryjnym. Nie mniej mam się przygotować na pozostanie kilka dni w szpitalu:((( Już się cieszę na myśl, że mogę spędzić kilka najbliższych dni w towarzystwie babć i dziadków ( no bo kto głównie leży na urologii) ...no ale cóż. Twixy są najważniejsze i skoro trzeba to trzeba- bronić się nie będę. Ostatecznie wolę zostać na oddziale dwa dni niż latać po przychodniach codziennie i czekać w kolejkach wśród kaszlących i smarkających ludzi. A swoją drogą, przy dzisiejszym pakowaniu torby do szpitala postanowiłam, że muszę przygotować sobie taką awaryjną " szpitalną wyprawkę" z czystą pidżamką , ręcznikami i kosmetykami bo właśnie się okazało , że jedyny zestaw do spania , który nie zasieje zgorszenia wśród starszyzny szpitalnej jest w praniu, szampon posiadam tylko w butli litrowej, mydło tylko w płynie i na koniec nie mam zapasowej pasty, a wszystkie książki są już w kartonach. A tak przygotuję sobie torbę , która zawsze będzie w pogotowiu. Na wszelki wypadek. Jedyną osobą , która cieszy się na mój pobyt w szpitalu jest Młoda. To znaczy nie cieszy się, że muszę iść na oddział, ale dzięki temu będzie miała przyspieszone ferie zimowe, które w naszym województwie zaczynają się dopiero 14 lutego. Po pierwsze w jej szkole padło ogrzewanie i przez cały tydzień chodzą do kina, na lodowisko i w ten sposób starają się przetrwać awarię, a po drugie Jot pracuje do późna więc siedziałaby sama w domu do wieczora, bo do szkoły muzycznej tez nie miałby jej kto zawieźć. W związku z tym jutro przyjeżdża babcia ( mama Jot) i Młoda wyrusza na ferie do Wielkopolski. Fuksiara....
A teraz trzymajcie kciuki, żebym jednak nie musiała zostawać w tym szpitalu bo kto wam pisać będzie:))))

niedziela, 6 lutego 2011

34. Skarby...

Przygotowania do remontu w toku. Już większość rzeczy mamy w kartonach. Nawet nie jest tego tak dużo jak się wydawało. Mimo wszystko przepustowość przedpokoju zmniejszyła się znacznie bo po obu stronach stoją, jeden na drugim pudła. Jot wynosi je od tygodnia, ale coś kiepsko mu idzie. A ja mu ciągle dostawiam nowe graty. Można powiedzieć, że w kwestii zbiórki kartonów stałam się okolicznym hurtownikiem:) Wszystkie osiedlowe sklepiki zbierają dla nas pudła po makaronach, winach, płatkach śniadaniowych itd. Niemniej muszę przyznać, że takie pakowanie poza mnóstwem minusów ( upierdliwe to bardzo, czasochłonne i powodujące nieustanne rozterki w kwestii wyboru: zostawić czy wyrzucić), ma także całkiem sporo plusów. Dzięki całej akcji udało mi się chociażby zwrócić kilka książek ich właścicielom. Niektórzy to nawet zapomnieli, że byli kiedykolwiek w posiadaniu literatury przeze mnie oddawanej. Znalazła się też wypożyczona w 1998 roku z biblioteki książka "Portret Doriana Grey'a". W środku kartka z upomnieniem. Kartka jest z roku 1999 roku, a kara na kwotę 5,28 zł za przetrzymanie. Nie wiem co zrobić z tą książką. Obawiam się, że po 11 latach wysokość kary znacznie przerośnie zakup nowego egzemplarza. Postanawiam wrzucić książkę do skrzynki pocztowej biblioteki. Wstyd obywatelski nie pozwala mi zwrócić jej w tradycyjny sposób. Dorzucam jeszcze parę tytułów w ramach przeprosin. W kolejnych szpargałach odnajdują się też dokumenty, których poszukiwałam jakiś rok temu, parę ważnych notatek, "skradziona" karta do bankomatu i kilka innych, ciekawych drobiazgów. Jednak nic nie przebije dzisiejszego znaleziska. Otóż postanowiliśmy wywieźć rowery do piwnicy znajomych. W naszej musimy zrobić miejsce na kartony i meble z mieszkania. Przed wyjazdem wrzucam do torby na bagażniku parę drobiazgów i okazuje się, że tym samym odnajduję od kilku miesięcy poszukiwaną przez mnie całą, pierwszą serię płyt DVD z Dr Housem. Leżą sobie spokojnie w torbie od sierpnia, kiedy to odebrałam je od cioci. Najwidoczniej nie wyjęłam ich nigdy:))) Dlatego teraz i w tym miejscu, przepraszam wszystkich znajomych , których po cichu oskarżałam za podprowadzenie filmów, za to że nie wierzyłam w zapewnienia , że nawet nie wiedzą o jakie płyty mi chodzi. Jestem gamoń , pierdoła i już.
*** w kwestii zmagań ciążowych: nadal dręczy mnie ten cholerny pęcherz. Mam skierowanie do urologa by wykonać dokładniejszą diagnostykę. Najprawdopodobniej nie urodziłam kamyczka , tylko siedzi sobie w pęcherzu o podrażnia powodując takie a nie inne upierdliwości. No i sprawa druga: Twixy dają znać o sobie. Wieczorem, po kolacji zaczynają lekko pukać. Zwłaszcza ten lewy i większy demonstruje swoją obecność. Poza tym i kolejnym kilogramem na plusie ( piątym już prawie) nowości brak.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

33. Twixomanioza...

Moja mama a właściwie szczęśliwa babcia Twixów zwariowała. Na szczęście jej wariactwo nie kwalifikuje się jeszcze do leczenia szpitalnego, ale skutki zakażenia wirusem Twixa są dość mocno zauważalne. Objawy ciepiącego na syndrom szaleństwa , zwanego Twixomanioza i wywołanego wirusem Twix:
- gorączka związana z przeglądaniem portali o tematyce dziecięcej
- nałogowe allegrowanie w dziale noworodkowym
- monotematyka związana z rozwojem ciąży- zwłaszcza bliźniaczej
- głód informacji o Twixach
Gorzej bo to zakaźne jest! Wirusem zaraził się już H. przyszły dziadek, który od tygodnia w internecie wyszukuje kolejnych rzeczy dla maluchów, zaraziła się też znajoma mamy, która regularnie odwiedza swoją sąsiadkę, podwójną matkę i wykupuje od niej wszystkie akcesoria noworodkowe. Choroba na razie nie rozprzestrzeniła się poza granice Holandii i do Wrocławia jeszcze nie dotarła ale powoli czuję pierwsze symptomy. Na szczęście póki co cierpię na syndrom remontowy, który obecnie jest w fazie maniakalnej i bardziej interesują mnie modele kafli, baterii wannowych i paneli niż zakupy dla maluchów. Jest więc szansa, że poza bliźniakami i ich sprzętami, ciuszkami i akcesoriami, po remoncie my także zmieścimy się w domu:)))
Oto dowody rzeczowe potwierdzające szał twixomaniaków:
Na początek łóżeczka. Pierwsze wynalezione w sklepie z używanymi meblami, drugie wyszperane przez H. w internecie ( Nie mogło być inne. Musiało być identyczne więc napad trwał kilka dni, zanim głód został zaspokojony przez zarażonego).



Kolejny dowód. Tym razem zarażona wirusem Twixa koleżanka mojej mamy, pani E. Postanowiła zapewnić bliźniakom bezpieczne podróżowanie a także odzienie na każdą okazję:)


Na koniec objaw Twixomaniozy u nosicielki wirusa czyli mojej mamy, a babci Młodej i maluchów. Mercedes dla królewiczów:
Tutaj w wersji kabrio:


Tu natomiast wersja sportowo- spacerowa:


Generalnie trzeba przyznać, że choroba ma także pozytywne aspekty. Ja już nie muszę o niczym myśleć:))) Wiem, że aktualnie zakażeni polują na wiaderka Tummy Tub oraz wyposażenie łóżeczek w postaci pościeli, kocyków, poszewek itd. Nie znane jest antidotum na tę przypadłość. Choroba prawdopodobnie przechodzi, bądź łagodnieje w chwili gdy źródło skażenia , czyli Twixy osiągną 18 lat...

środa, 26 stycznia 2011

32. Pani rodzi...

Od kilku tygodni nie ma nocy podczas której nie wstawałabym do toalety. Także każde wyjście kończy się przymusowym zwiedzaniem publicznych przybytków. Upierdliwe to strasznie bo jak ogólnie wiadomo, korzystanie z większości wychodków " miejskich" jest groźne dla zdrowia i nie należy do przyjemności. No ale mus to mus. Z pieluchą chodzić się nie da a mój pęcherz ostatnio wytrzymuje zaledwie godzinę:( Dziś rano jak zwykle pobudka po piątej. I znów nie dlatego, że do pracy trzeba, czy że człowiek wyspany. Zwyczajnie i mówiąc wprost chce mi się siku. Jak zwykle lecę do toalety niemalże na śpiąco. Ale dziś nagły ból w dole brzucha wybudza mnie skutecznie. Wracam do łóżka. Ból się nasila. Znów toaleta. Jest jeszcze gorzej. Kolejne pięć minut i znów pęcherz się odzywa. Tym razem pojawia się krew. I to całkiem sporo krwi. Dostaję histerii. Sprawdzam wszystkie fizjologiczne otwory. Na bank i na szczęście stwierdzam, że krew jest w moczu a źródło krwawienia to cewka moczowa. Nieco się uspokajam, bo ból w podbrzuszu i krew nie zadziałały na mnie kojąco. Przestraszyłam się nie na żarty. Niemniej krew w moczu to także nie powód do radości. Pędzę do laboratorium zrobić badanie. Oczywiście w wynikach potwierdza się obecność świeżych erytrocytów:((( Chwilka zastanowienia. Jak pojadę do szpitala to mnie tam wpakują i zaczną badać. Decyduję się lecieć do mojego ukochanego doktorka PeKa ( dla niewtajemniczonych Peka- Pierwszego Kontaktu).
- O widzę, że nie może Pani beze mnie żyć - jak zwykle żarcik na dzień dobry...rzeczywiście ostatnio przez częstsze badania widzimy się dość regularnie. Jednak dziś nie mam humoru na żarty. Poza tym brzuch boli nadal. Miałam już podobną sytuację rok temu. Wtedy skończyło się na krwotocznym, ostrym zapaleniu pęcherza i silnym antybiotyku. Boję się szpitala:((( Tłumaczę co się dzieje. Oczywiście beczę ( nie wiem dlaczego ale od kiedy jestem w ciąży płaczę na zawołanie i przy byle okazji)
PeKa ogląda wyniki i z bardzo poważną miną mówi:
- Prawdopodobnie Pani rodzi...( Zaraz zwariuję. Co on wygaduje. Moje Twixy mają po 10 cm. Nie ma szans, żebym nie poczuła. )...kamyczek, stąd krew i ból- kończy ze spokojem.
Niemalże słyszę ten kamień, który spada mi z serca. Na szczęście poza erytrocytami, pozostałe parametry są w porządku. Nie ma wskazań do antybiotyku, a tym bardziej do szpitala. Mam zakwaszać się najsilniejszą witaminą C i pić, pić, pić....
- W normalnej sytuacji zaleciłbym piwo...dużo piwa, ale póki co musi Pani wystarczyć herbatka pokrzywowa.