poniedziałek, 31 stycznia 2011

33. Twixomanioza...

Moja mama a właściwie szczęśliwa babcia Twixów zwariowała. Na szczęście jej wariactwo nie kwalifikuje się jeszcze do leczenia szpitalnego, ale skutki zakażenia wirusem Twixa są dość mocno zauważalne. Objawy ciepiącego na syndrom szaleństwa , zwanego Twixomanioza i wywołanego wirusem Twix:
- gorączka związana z przeglądaniem portali o tematyce dziecięcej
- nałogowe allegrowanie w dziale noworodkowym
- monotematyka związana z rozwojem ciąży- zwłaszcza bliźniaczej
- głód informacji o Twixach
Gorzej bo to zakaźne jest! Wirusem zaraził się już H. przyszły dziadek, który od tygodnia w internecie wyszukuje kolejnych rzeczy dla maluchów, zaraziła się też znajoma mamy, która regularnie odwiedza swoją sąsiadkę, podwójną matkę i wykupuje od niej wszystkie akcesoria noworodkowe. Choroba na razie nie rozprzestrzeniła się poza granice Holandii i do Wrocławia jeszcze nie dotarła ale powoli czuję pierwsze symptomy. Na szczęście póki co cierpię na syndrom remontowy, który obecnie jest w fazie maniakalnej i bardziej interesują mnie modele kafli, baterii wannowych i paneli niż zakupy dla maluchów. Jest więc szansa, że poza bliźniakami i ich sprzętami, ciuszkami i akcesoriami, po remoncie my także zmieścimy się w domu:)))
Oto dowody rzeczowe potwierdzające szał twixomaniaków:
Na początek łóżeczka. Pierwsze wynalezione w sklepie z używanymi meblami, drugie wyszperane przez H. w internecie ( Nie mogło być inne. Musiało być identyczne więc napad trwał kilka dni, zanim głód został zaspokojony przez zarażonego).



Kolejny dowód. Tym razem zarażona wirusem Twixa koleżanka mojej mamy, pani E. Postanowiła zapewnić bliźniakom bezpieczne podróżowanie a także odzienie na każdą okazję:)


Na koniec objaw Twixomaniozy u nosicielki wirusa czyli mojej mamy, a babci Młodej i maluchów. Mercedes dla królewiczów:
Tutaj w wersji kabrio:


Tu natomiast wersja sportowo- spacerowa:


Generalnie trzeba przyznać, że choroba ma także pozytywne aspekty. Ja już nie muszę o niczym myśleć:))) Wiem, że aktualnie zakażeni polują na wiaderka Tummy Tub oraz wyposażenie łóżeczek w postaci pościeli, kocyków, poszewek itd. Nie znane jest antidotum na tę przypadłość. Choroba prawdopodobnie przechodzi, bądź łagodnieje w chwili gdy źródło skażenia , czyli Twixy osiągną 18 lat...

środa, 26 stycznia 2011

32. Pani rodzi...

Od kilku tygodni nie ma nocy podczas której nie wstawałabym do toalety. Także każde wyjście kończy się przymusowym zwiedzaniem publicznych przybytków. Upierdliwe to strasznie bo jak ogólnie wiadomo, korzystanie z większości wychodków " miejskich" jest groźne dla zdrowia i nie należy do przyjemności. No ale mus to mus. Z pieluchą chodzić się nie da a mój pęcherz ostatnio wytrzymuje zaledwie godzinę:( Dziś rano jak zwykle pobudka po piątej. I znów nie dlatego, że do pracy trzeba, czy że człowiek wyspany. Zwyczajnie i mówiąc wprost chce mi się siku. Jak zwykle lecę do toalety niemalże na śpiąco. Ale dziś nagły ból w dole brzucha wybudza mnie skutecznie. Wracam do łóżka. Ból się nasila. Znów toaleta. Jest jeszcze gorzej. Kolejne pięć minut i znów pęcherz się odzywa. Tym razem pojawia się krew. I to całkiem sporo krwi. Dostaję histerii. Sprawdzam wszystkie fizjologiczne otwory. Na bank i na szczęście stwierdzam, że krew jest w moczu a źródło krwawienia to cewka moczowa. Nieco się uspokajam, bo ból w podbrzuszu i krew nie zadziałały na mnie kojąco. Przestraszyłam się nie na żarty. Niemniej krew w moczu to także nie powód do radości. Pędzę do laboratorium zrobić badanie. Oczywiście w wynikach potwierdza się obecność świeżych erytrocytów:((( Chwilka zastanowienia. Jak pojadę do szpitala to mnie tam wpakują i zaczną badać. Decyduję się lecieć do mojego ukochanego doktorka PeKa ( dla niewtajemniczonych Peka- Pierwszego Kontaktu).
- O widzę, że nie może Pani beze mnie żyć - jak zwykle żarcik na dzień dobry...rzeczywiście ostatnio przez częstsze badania widzimy się dość regularnie. Jednak dziś nie mam humoru na żarty. Poza tym brzuch boli nadal. Miałam już podobną sytuację rok temu. Wtedy skończyło się na krwotocznym, ostrym zapaleniu pęcherza i silnym antybiotyku. Boję się szpitala:((( Tłumaczę co się dzieje. Oczywiście beczę ( nie wiem dlaczego ale od kiedy jestem w ciąży płaczę na zawołanie i przy byle okazji)
PeKa ogląda wyniki i z bardzo poważną miną mówi:
- Prawdopodobnie Pani rodzi...( Zaraz zwariuję. Co on wygaduje. Moje Twixy mają po 10 cm. Nie ma szans, żebym nie poczuła. )...kamyczek, stąd krew i ból- kończy ze spokojem.
Niemalże słyszę ten kamień, który spada mi z serca. Na szczęście poza erytrocytami, pozostałe parametry są w porządku. Nie ma wskazań do antybiotyku, a tym bardziej do szpitala. Mam zakwaszać się najsilniejszą witaminą C i pić, pić, pić....
- W normalnej sytuacji zaleciłbym piwo...dużo piwa, ale póki co musi Pani wystarczyć herbatka pokrzywowa.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

31. Cieńki Bolek...

Po pierwsze od razu ogłaszam, że nadal nie rozgryzłam dlaczego do cholery nie mogę odpisywać na komentarze. Przysięgam, że próbowałam na wszystkie znane mi sposoby i dupa blada. Niby mam " komentarz wysłano" czy coś takiego a nie pojawi się on na stronie:((( Jedyne wytłumaczenie to , że w moim kompie siedzi jakiś złośliwiec i zjada te notki...Trudno. Oczywiście wciąż oszołomiona popularnością tego bloga , dziękuję za odwiedziny i pozostawiane ciepłe słowa ( dobrze, że Wasze komentarze się publikują). Zatem hurtowo odpiszę na pytania pojawiające się w ostatnich postach:
- Dlaczego trójpak a nie dwupak? To proste: Ja + jedno dziecko to dwupak , Ja + 2 dzieci to już trójpak...dlatego:)
- Czy imiona wybrane? Generalnie propozycji było wiele. Inwencja naszych znajomych poraziła mnie. Zaczynając na oczywistym Lechu i Jarosławie ( sic!), Jacku i Placku, Pawle i Gawle a kończąc na Żwirku i Muchomorku...nie mniej, postanowiliśmy nie krzywdzić Twixów i stanęło w przypadku dwójki męskiej na Marku i Wojtku lub Marku i Pawle. Nazwisko mamy raczej mało urodziwe i nieskomplikowane więc imię też musi być proste. Jeśli jednak jakimś cudem trafi się w tym pakiecie panienka to być może będzie to Ola...
- Dlaczego notki pokazują się z opóźnieniem ? To akurat nie ma nic wspólnego z duchami. Niestety to tylko moje zakręcenie. Czasem piszę posta do połowy, potem coś mi przerywa, jeszcze później zapominam o notce i dopiero po kilku dniach klikam "opublikuj". Obiecuję poprawę:)))
Uff. To chyba wszystkie odpowiedzi.
A czemu tytuł dzisiejszego wpisu to " Cieńki Bolek"? Dziś czytałam artykuł o pięcioraczkach ( do poczytania tutaj). To moje Twixy przy tej drużynie to mały pikuś, a ja ze swoimi obawami wyszłam sama przed sobą na cieńkiego Bolka...Pięcioraczki to jest wyzwanie, a nie tam jakies dwa małe bajtle:))) Ostatecznie mam dwie ręce to zawsze jedno i drugie pod pachę chwycę...mama z artykułu nawet jak doliczy ręce męża to i tak ma za mało...ulżyło mi:))))

niedziela, 23 stycznia 2011

30. Niezłe jaja...

Idę do lekarza. Standardowa wizyta. Lekarz jest super. Przemiły, kontaktowy, rzeczowy i z poczuciem humoru. Oglądamy Twixy na ekranie. Strasznie urosły. Mają już prawie po 10 cm. Leżą sobie grzecznie w swoich pokoikach i wyglądają jakby na wczasach były. Są już na tyle duże, że muszą zginać nogi. Pan doktor cały czas komplementuje:
" Jaka piękna szyjka macicy", " Wspaniale zamknięty kanał"- śmieję się, że dawno nikt mi takich wyrafinowanych komplementów nie prawił:). Oglądamy bliźniaki:
-" Tu widzimy główki, tu rączki, tu stopy, nogi..."- wylicza lekarz
- " Panie doktorze, tyle to i ja widzę. Niech lepiej Pan mówi co między tymi nogami widać"- niecierpliwię się. Oczywiście lekarz twierdzi, że za wcześnie by na 100% stwierdzić, więc mówię, że może być na 99%.
- " Stawiam na dwóch facetów"...na dowód pokazuje ...no wiadomo co pokazuje:))))
Niezłe jaja. Uff. Ważne, że nie dwie baby...jedno jest pewno..nudno nie będzie:)

wtorek, 18 stycznia 2011

29. Spadek mocy...

Dziś trochę słabszy dzień. Od kilku dni było tak fajnie, wiosennie i optymistycznie a dziś deszczowo, ponuro. Od rana boli mnie głowa i ogólnie czuję się średnio kiepsko. Mam wrażenie, że dotychczasowe tempo wymaga lekkich zmian. Nie jestem w stanie wstawać wcześniej, a potrzebuję więcej czasu rano, przed wyjściem do pracy. Wcześniej wystarczało mi 30 minut. Szybka kawa w locie, jogurt do torby i biegiem do roboty. Teraz muszę spokojnie napić się herbaty, zjeść śniadanko, znaleźć coś w co jeszcze w miarę się mieszczę. Wszystko muszę dwa razy wolniej i spokojniej. To nowe doświadczenie dla mnie zważając na moje ADHD. W pracy także zauważam większe pokłady cierpliwości. Dotychczasowi, etatowi wnerwiacze klasowi już mnie nie wyprowadzają z równowagi. Cierpliwa jestem niczym joginka. Może to świadomość, że w razie czego zawsze mogę iść na zwolnienie powoduje , że potrafię się wyluzować i zdystansować.
Poza tym stresuje mnie świadomość zbliżającego się remontu. Musimy się na ten czas wynieść z mieszkania bo nie wyobrażam sobie życia na gruzie przez miesiąc. Na szczęście rodzina nas przygarnie więc mamy opcję. Jednak spakowanie całego majdanu i oczyszczenie mieszkania jest koszmarem logistyczny. Dziś cały dzień robiłam przegląd papierów. Niebywałe ile się tego nazbierało! Znalazłam nawet notatki ze studiów . Po kilu godzinach prac mam chyba pierwszy raz w życiu porządek w papierach, listach, pamiątkach. Poukładane wszystkie w kartonach, podpisane, czekają na wyniesienie do piwnicy. Drugie tyle leży w worze przeznaczonym do spalenia. Jutro czeka mnie misja- zdobycie kartonów na książki i dalszy ciąg ogarniania tego bajzlu... ale za to jak pięknie będzie później:)

czwartek, 13 stycznia 2011

28. Hossa...

Jot ze spotkania przyniósł umowę na całkiem fajną sumkę więc wspaniałomyślnie wybaczam mu utknięcie u dziurze czasowej. Grzecznie przeprasza i kanapeczkę na śniadanko robi więc wyjścia nie mam. No i szczerze mówiąc ostatnio jakoś same dobre wiadomości, więc trudno mi się gniewać na kogokolwiek. Tak się wszystko układa, że troszkę mam obawy czy to możliwe. Ale od początku. W ramach Remontowych Mistrzostw Oszczędzania postanowiłam poszperać na Allegro. W zasadzie to szukać nie musiałam długo bo zaraz na pierwszej stronie okazało się, że czeka na mnie okazja. Idealna, dokładnie w takich wymiarach jak potrzebujemy , prawie nowa wanna. Czytam opis i oczom nie wierzę. Odbiór osobisty - Wrocław. Oczywiście licytuję. Cena zawrotna bo 2,25 zł. Ale nie tylko ja ją sobie upatrzyłam. Cena podbita do 5,51. Szał. Przebijam odo 9,90 zł. Po trzech godzinach zaciętej walki wygrywam. Właśnie stałam się posiadaczką wanny "prawie nowej" firmy Poolspa za kwotę ....46.01 zł. Po sprawdzeniu cen w sklepie internetowym, okazuje się, że zaoszczędziłam jakieś bagatela 550 zł. Jestem dumna z siebie jak paw. Już czuję smak zwycięstwa i chwały:) Uznanie w oczach Jot- bezcenne.

W pracy też dobre wieści. Okazuje się, że mogę przystąpić do ubezpieczenia grupowego bez tzw. karencji. Jeszcze miesiąc temu kiedy okazało się, że jestem w ciąży, nie było takiej możliwości. To znaczy ubezpieczyć się mogłam ale nie dostałabym pieniędzy za urodzenie dziecka ( sumka nie mała bo ponad 1300 zł) bo ubezpieczyciel na ciążę ma karencję 9 miesięcy . Olałam więc temat bo w sumie uznałam, że skoro za poród mi nie zapłacą to mam ich gdzieś . Dziś zadzwoniła do mnie kadrowa, że ubezpieczyciel zmienia warunki i wszystkie nowe osoby wchodzą do ubezpieczenia bez tych ustawowych terminów. Natychmiast wypełniam wnioski. Ubezpieczam też JOT. Jak Twixy przyjdą na świat każde z nas dostanie po 1300zł na jedno dziecko. Razem całkiem fajna kwota na wyprawkę. Lepiej być nie może. Idąc za ciosem korzystam z ubezpieczenia w koncie, gdzie za śmieszne pieniądze ja oraz wszyscy członkowie rodziny zamieszkujący ze mną mają tzw. ubezpieczenie na wypadek pobytu w szpitalu. Za każdy dzień ( powyżej 3) wypłacane jest 100 zł. Upewniam się czy dobrze kombinuję. Okazuje się, że jak urodzę Twixy i np. będziemy w szpitalu 7 dni to każde z nas otrzyma po 700 zł. No wydaje mi się, że przy podwójnej ciąży i porodzie takie ubezpieczenie jest bardzo opłacalne. Po prostu czad! Jedna z koleżanek powiedziała mi kilka dni temu, pocieszając mnie ( to był jeden z tych dni " jak my sobie poradzimy"), że " skoro Bóg dał nam aż dwoje dzieci to i pieniądze na nie też da". Nie jestem jakoś specjalnie wierząca, ale mam nadzieję, że te słowa są prawdziwe. Dzisiaj na uczelni ( kolejna podyplomówka) zaliczony na piątkę egzamin z biologii...Generalnie jest dobrze i na dodatek wiosennie za oknem się zrobiło.
Oby ta hossa trwała...

wtorek, 11 stycznia 2011

27. Tryb FOCH...

Jot ma spotkanie biznesowe. Oczywiście twierdzi, że mi wczoraj mówił, ale kompletnie nie kojarzę. A to znaczy, że nie mówił...Jako nauczycielka mam doskonałą podzielność uwagi i nawet jak o czymś zapomnę to później kojarzę, że coś tam było.W tym przypadku brak skojarzeń. więc nie mówił na bank. Ale niech będzie. Spotkanie jest z kobietą. Nie wiem czy to Pani, dziewczyna, czy babol więc nerw lekkiej zazdrości mi drga już na samą myśl.
- O której będziesz?- na mój gust standardowe pytanie żony do męża.
- Szybko. No może jakieś piwko wypijemy i wracam.- dyplomatyczna odpowiedź.
Godzina 19. Czytam książkę. Na telefon i zegarek spoglądam tylko co 10 minut.
Godzina 20. Częściej spoglądam na telefon niż na książkę. Dzwonię do przyjaciółki, żeby sprawdzić czy moja komórka działa.
Godzina 21. Nie wytrzymuję. Dzwonię.
- No i jak tam? Za ile wracasz?- staram się by zabrzmiało jak najbardziej obojętnie.
- Już wychodzę. ( taaaa na pewno)
Godzina 22. Piszę smsa:
- Chyba jedziesz znad morza.
Odpowiedz:
- Sorry już naprawdę wychodzę. Nie gniewaj się.
Godzina 22:30. Czy faceci zawsze muszą być tacy wkurzający??? Czy nie można powiedzieć " Będę o północy. Nie czekaj. Musimy omówić kilka tematów." Czy faceci sądzą, że jeśli są w knajpie to obowiązuje ich inna strefa czasowa? Czy tak trudno zrozumiec , że baba w ciąży nie myśli mózgiem tylko emocjami?
Godzin 22:45. Wyłączam telefon. Oficjalnie włączam tryb FOCH.

sobota, 8 stycznia 2011

26. Mistrzowstwa w oszczędzaniu...

Planujemy remont. To znaczy planujemy go od 11 lat ale bliźniaki sprawiły, że musimy wreszcie te plany zrealizować. Na dzień dzisiejszy nie ma szans na zmianę mieszkania, więc musimy troszkę przerobić to co mamy. Może za dwa , trzy lata uda się wyprowadzić ale póki co musimy nasze skromne progi doprowadzić do porządku. Wprawdzie miejsca nam od tego remontu nie przybędzie ale będzie ładniej, wygodniej i bardziej praktycznie.. Ogólny zamysł remontu jest taki, że nie robimy cudów wianków bo i tak chcemy się stąd wyprowadzić. Poza tym fundusze mamy bardzo, bardzo ograniczone. Generalnie trzeba przerobić łazienkę i kuchnię i odświeżyć pokoje. Od tygodnia robimy symulacje cenowe. Niestety dodatkowych pieniędzy na które liczyłam nie uda nam się załatwić. Jak na złość z naszych obliczeń z uporem maniaka wychodzi , że dokładnie tej kwoty nam zabraknie:( Nasz budżet jest za mały o jakieś 10 tysięcy:( No ale nie poddajemy się. Zaopatrzeni w miarkę , ołówki, zeszycik ruszamy na podbój marketów i hurtowni budowlanych. Nie mamy w zasadzie pojęcia co teraz jest w modzie, jakie ceny, jakich producentów wybrać. Koleżanki z pracy, które są po remontach rzucają nazwami kolekcji kafli, drzwi, płytek niczym sprzedawczynie z Castoramy. Czuję się jak remontowy debil. Czas to zmienić...no i zweryfikować nasze plany i oczekiwania, bo brakujące 10 tysięcy to jednak spora kwota. Na początek jedna z największych i najbardziej znanych hurtowni we Wrocławiu. Po markach samochodów na parkingu przeczuwam, że ceny w środku są poza naszymi możliwościami. Oglądamy tysiące kafli, płytek, dekorów. Po godzinie udaje nam się znaleźć kilku faworytów w nawet przystępnej cenie. Ale już cała reszta jak wanny, kibelki, baterie...niestety kompletnie nie nasz pułap cenowy. Uderzamy do marketu budowlanego. No i tam jest znacznie lepiej. Cały czas powtarzamy sobie , że nie robimy remontu na całe życie tylko na 2 -3 lata. Do czasu zanim nie uda nam się zamienić mieszkania na większe. W markecie okazuje się, że można znaleźć ładne umywalki za niewiele ponad 100 zł, baterie za 150. Nie trzeba wydawać milionów. No fakt może nie wytrwają 10 lat. Ale w naszym przypadku nie ma to znaczenia. Po zapoznaniu się z ofertą spłuczek podtynkowych typu Geberit ( dobra jestem w te klocki co? :) stwierdzamy, że w zasadzie nasz kibelek jest bardzo ładny i nie trzeba go wymieniać. Tym sposobem zaoszczędzamy ok. 1000 zł. W następnym sklepie uznajemy, że również nasza kuchenka gazowa jest jeszcze ekstra i mimo, że chcielibyśmy mieć płytę grzewczą z osobnym piekarnikiem, postanawiamy zostać przy dotychczasowym rozwiązaniu. Okap Whirpoola też ma przecież tylko 6 lat i wcale nie jest zniszczony. Wymaga tylko czyszczenia. Kolejny 1200 zł w kieszeni za sprzęt do kuchni. W kolejnym sklepie z zaplanowanych desek podłogowych do pokoju za 89 zł za metr schodzimy do paneli dębowych w cenie 31,80 za metr. W samochodzie stwierdzamy jeszcze, że w zasadzie nasze drzwi wejściowe też nie muszą być wymieniane od razu więc kolejne 1000- 1500 zł zostaje. Po 6 godzinach zwiedzania sklepów, hurtowni i marketów budowlanych okazuje się, że weryfikując nasze projekty zaoszczędzimy jakieś 3500zł. Jak mantrę powtarzamy, że jak byśmy nie zrobili tego remontu i tak będzie ładniej i lepiej niż teraz. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się znaleźć kompromis i to bez żadnych sprzeczek. Uf teraz już brakuje nam tylko 6 tysięcy... zawsze to mniej niż 10 tysięcy:)

środa, 5 stycznia 2011

25. Dzień dobrych wiadomości...

Dziś dzień samych dobrych wiadomości. Uwielbiam takie dni...

Rano, tuż po wejściu do pracy wzywa mnie kadrowa. Oczywiście już mam stres. Pewnie czegoś nie dopilnowałam w papierach, albo stażu nie mogę skończyć. Na szczęście, pani Jola już od progu mi gratuluje i jak to kadrowa przechodzi do rzeczy. Z wypiekami na twarzy pokazuje kartki z jakimiś obliczeniami, tabelkami i cyferkami. Kompletnie nic nie rozumiem, ale Jola zawzięcie stuka w kalkulator i tłumaczy. Okazuje się, że zaraz po urlopie macierzyńskim ( który cudownie przy bliźniakach to aż 31 tygodni) , będę mogła wziąć urlop dodatkowy w wymiarze 6 tygodni, przy dwójeczce ( to też jakieś nowe prawo- jakże miło) a potem 56 dni urlopu z 2011 roku. Tym sposobem przetrwamy praktycznie do maja 2012 i aż do tego czasu będę miała wypłacaną pensję. W czerwcu wrócę do pracy. Ale wrócę tylko formalnie w dniu zakończenia roku szkolnego, bo zaraz zaczną się wakacje. Bycie nauczycielem ma poza kiepskimi zarobkami, cudowny atut w postaci dwóch miesięcy wolnego. Także dodatkowo dwa miesiące z dzieciakami ale już nie za darmochę. No a dalej zobaczymy, jak dzieciaki będą się sprawować. Śmieję się, że przy bliźniakach to już po 6 tygodniach będę do pracy chciała wracać:) No ale poważnie ...różnie to bywa. Twixy ( tak sobie czule nazwaliśmy bliźniaki) skończą rok i albo wrócę do nauczania albo wykorzystam kolejny rok urlopu zdrowotnego, który przysługuje mi ponieważ mam kłopoty z gardłem. I tym oto sposobem mogłabym zostać z dzieciakami 2 lata w domu, tracąc tylko jeden miesiąc wypłaty. No lepiej się nie dało:))) Aż całuję moją kadrową w policzek, że to tak ładnie wszystko obmyśliła. Grunt to dobre stosunki z sekretariatem i administracją:))) Wystarczy od czasu do czasu coś w komputerze naprawić, komplemencik rzucić, jakąś czekoladkę przynieść i kobitki zawsze przychylnie coś podpowiedzą.
Po pracy lecę na USG. Dziś wielki dzień. Może uda już się zbadać wszystkie parametry. Jedenaście lat temu nie miałam zielonego pojęcia, że badania w 12 tygodniu to tzw. usg genetyczne. Teraz wszystkie ciężarne już wiedzą co to przezierność karkowa, kość nosowa, testy PAPPA...ja też bo oczywiście naczytałam się mądrych artykułów w internecie. Twixy niesamowicie urosły. Przez tydzień wyskoczyły po 2 cm. Teraz jeden ma 5,8 cm a drugi 6,6 cm. Kiedy lekarz mierzy przezierność karkową i na ekranie pojawia się wymiar 1,2 oddycham z ulgą. Wcześniej już wyczytałam, że norma jest do 2,5. Oczywiście lekarz potwierdza:) Kość nosowa u obu widoczna, serducha prawidłowe i biją miarowo. Mózgi i kręgosłupy ok. Nerki są. Żołądki i wątroby też na swoim miejscu. No nic dodać , nic ująć. Od lekarza wychodzę uskrzydlona. Jest pięknie.
Na koniec dnia odwiedza nas polecony przez kilku znajomych Pan Remonciarz. Od progu już go lubię. Wygląda na przesympatycznego i dobrego człowieka. A kiedy jeszcze podaje kwotę za jaką zrobi nam remont...to staje się moim ulubionym Pane Remonciarzem:)
To fajny dzień był a na dodatek jutro wolne...

poniedziałek, 3 stycznia 2011

24. Legalnie, oficjalnie...

Po pierwsze oficjalnie chcę zakomunikować, iż popularność tego bloga totalnie mnie zszokowała! Zaczęłam go pisać bo inaczej bym się chyba udusiła, albo zwariowała. Nie mogąc specjalnie się ujawniać, a chcąc zachować w miarę niezmieniony dotychczasowy stan psychiczny, nie miałam wyjścia. Taki egoistyczny zupełnie zamysł... jednak ponad 2800 wejść w ciągu miesiąca było kompletnym zaskoczeniem. Nie sądziłam, że moje wynurzenia kogokolwiek zainteresują. A tu bum! Szok. Czuję się zatem zobowiązana i obiecuję pisać dalej. Oficjalnie i hurtowo chcę też podziękować za przemiłe komentarze, na które, niestety wstyd się przyznać, nie umiem odpowiedzieć. Kombinowałam na prawo i lewo, zmieniałam ustawienia i dupa blada. Za chiny ludowe moje komentarze się nie publikują:((( I nie mam pojęcia dlaczego. Także jeszcze raz dziękuję za tłumne odwiedziny i zostawiane po sobie ślady wsparcia:)
Po drugie, od dzisiaj jestem już legalną i oficjalną ciężarówką. Dziś przyznałam się w pracy i poinformowałam " górę". Zaskakująco " góra" podeszła do sprawy bardzo sympatycznie. Nie strzaskała mi tyłka, nie obiła pyska, nie wywaliła z roboty...Nawet wykazała się przychylnością, akceptacją i zrozumieniem. Potem było już tylko fajniej. Plotka poszła torem lawiny i rozniosła się błyskawicznie. Tempo jej rozprzestrzeniania zaskoczyło mnie tak samo jak popularność tego bloga. Grunt to powiedzieć coś w "tajemnicy" innej kobiecie:)))) Ona też w " tajemnicy" mówi dwóm następnym. Te oczywiście "po cichu i w sekrecie" przekazują newsa dalej i po kilku nitkach, plotka wraca do mnie:))) Ba nawet wzbogacona bo dowiaduję się , że jeszcze jedna koleżanka w pracy spodziewa się dziecka. Ponieważ od dłuższego czasu wszyscy mi kibicują w kwestii zachodzenia w ciążę to nawet dałam się ucałować i poklepać po brzuszku. niektórym koleżankom. A niech mają....
Uff. Teraz już mogę legalnie popuścić gumkę w portkach ...ale ulga...