poniedziałek, 29 listopada 2010

7. I'm, you are, they are...

Zasypało nas śniegiem. Ładnie jest - bajkowo. Ponieważ od rana z nerwów mam biegunkę z domu wychodzę później niż planowałam. Jest strasznie ślisko..drogowcy znów zaspali. Postanawiam więc skorzystać z komunikacji miejskiej i szybko okazuje się, że bardzo dobrze robię. Już po kilku minutach jazdy tramwajem natrafiam na kolosalne korki. Zatkane całe miasto. Ludzie klną w samochodach. Na szczęście tramwaj ma swój pas i do kliniki dojeżdżam w zasadzie na czas. ( w zasadzie bo tych 10 minut chyba nikt nie zauważy). Pani doktor przeprasza mnie, ale umawiając się ze mną zapomniała, że w ma zajęcia ze studentami. O nie ja stąd się już nie ruszam. Nie ma opcji:
- Nie ma sprawy, zgadzam się zostać królikiem doświadczalnym- próbuję żartować ale trema zżera mnie jak przed maturą. Przy USG siedzi lekarz prowadzący ćwiczenia, za nim grupka uśmiechniętych dziewczyn...znów zaciśnięte kciuki.
- We see two sacks (okazuje się , że studentki to grupa obcokrajowców)- tłumaczy lekarz i pokazuje na monitor. No dobra to rozumiem - mamy dwa worki. Pewnie chodzi o łożyska. To już wiemy, dalej, dalej doktorku. Staram się skupić jak nigdy.Mój angielski nie jest na najwyższym poziomie ale coś tam rozumiem.
- This alive.
( o rany z nerwów nie pamiętam czy alive to czasem nie zaprzeczenie live..żyje czy nie żyje?)
- This is also alive...
Ratunku czy jest na sali tłumacz? Jak boga kocham zgłupiałam. Zaczynam płakać. Czyli oba obumarły. Nie tak miało być. Studentki puszczają do mnie oko, śmieją się...no jaja jakieś sobie robią kretynki jedne?
- Proszę Pani, alive znaczy żyje. Coś kiepsko u Pani z angielskim- śmieje się lekarz i na dowód pokazuje mi ekran z dwoma bijącymi serduszkami.
O rany ale szok!!! Teraz ryczę jeszcze bardziej.
No niezłe jaja...mam milion myśli w głowie...śmieję się, płaczę...
A więc bliźniaki...Umawiam się z lekarką na czwartek w gabinecie. Wtedy już dopełnimy wszystkich formalności, będzie czas na pytania. Teraz za dużo myśli w głowie. Dzwonię do JOT.
- Są dwa...zdrowe!
W słuchawce słyszę jak spada mu z serca kamień. Damy radę, damy radę.
Do domu wracam na piechotę . Muszę ochłonąć.

niedziela, 28 listopada 2010

6. Zły dzień...

Pada śnieg i jest strasznie zimno. Źle mi dzisiaj. Boli mnie głowa, mięśnie, żołądek...to pewnie stres. Jutro USG i rozstrzygnięcie. Nie wiem co mnie czeka. Nie potrafię myśleć... Chyba już cały internet przeczytałam w poszukiwaniu informacji na temat ciąż bliźniaczych i możliwych scenariuszy. Wiem, wiem- to głupota, ale to było silniejsze ode mnie. Staram się nie myśleć, nie planować, nie gdybać. Ale i tak chyba nie zasnę...zły dzień dzisiaj...

piątek, 26 listopada 2010

5. Ograniczenie prędkości...

Wiadomo, że ciężarówki muszą jeździć wolniej niż osobowe. No nie mam złudzeń i dziś pierwszy raz do odczuwam. Totalnie szalony dzień w pracy. Dzieciaki nakręcone jak po amfetaminie, ja w stresie więc bez sensu się drę i wstawiam uwagi, ciągle jakieś papiery do uzupełnienie,dekoracje...Dość. Nie daję rady. Mam ochotę stanąć na środku korytarza i wywrzeszczeć: " Dajcie mi wszyscy święty spokój. Jestem w ciąży! " Ale nie mogę jeszcze. Jak się przyznam to zaraz dyrekcja mi utnie dodatki. Chciałabym utrzymać tajemnicę do stycznia ( wtedy podpisuje wypłaty na następny semestr). Jakby nie było parę stówek motywacyjnego mam ( ponoć dobry ze mnie pracownik:) więc szkoda by było. Poza tym nie chcę zapeszać...scenariusze mogą być różne więc na razie cisza.
Dziś moje dziewczynki z pracy robią babską nasiadówkę. Już od kilku dni przebąkuję, że jakiś antybiotyk biorę, bo zatoki, gardło... bez tego będą mi kazały kosztować nalewek i wina. No i oczywiście nie mylę się. Zaraz po przyjeździe ( biorę auto jako wymówkę choć to idiotyczne bo imprezka jest kilka ulic dalej) obwieszczam, że jeszcze strasznie mnie kręgosłup bolał i musiałam dowalić lekiem p/bólowym. Staje na tym że muszę jedynie zamoczyć usta w nalewce wiśniowej produkcji domowej, pochwalić i już mam spokój. Nigdy nie byłam specjalnie alkoholowa więc jakoś udaje mi się odwrócić uwagę i spokojnie cały wieczór sączę herbatkę z cytrynką. To zresztą wskazane bo jak na ironię losu rzeczywiście jakiś katar zaczyna mnie męczyć i gardło pobolewa. Oczywiście cały wieczór gadamy o pracy i dzieciakach, które uczymy. To jakaś choroba i zboczenie zawodowe. Teraz dokładnie to widzę. Około 21 ogarnia mnie totalne zmęczenie i czuję, że natychmiast muszę iść spać. Na szczęście wszystkie jutro idziemy do pracy ( taki bonus za wolny piątek 12 listopada:( i kończymy ploty.
Szczerze mówiąc jestem bardzo zmęczona. Jutro do pracy, w niedzielę studia ( a obiecywałam sobie, że w tym roku nie zacznę nic nowego). Obiecuję, że od poniedziałku wprowadzam ograniczenie prędkości i zwalniam.

czwartek, 25 listopada 2010

4.Zbyt wiele szczęścia....

Tydzień minął...ale ciągnął się niemiłosiernie. Czuję się dobrze , nawet niespecjalnie mam mdłości (troszkę wieczorem). Dzisiaj po pracy idę na USG. Mam nadzieję, że tym razem kartę ciąży już dostanę ...taki dowód na to, że nie mam urojeń. W pracy nie mogę wytrzymać, chwalę się dwóm koleżankom, które mi kibicowały...wiem, że one nie rozniosą. Jeśli się uda, chciałabym utrzymać ciążę w tajemnicy do stycznia.
Czekam w poczekalni szpitalnej...scena identyczna do tej sprzed tygodnia: uśmiech lekarki, wejście do gabinetu, kładę się na kozetce...zamykam oczy i znów kciuki ściśnięte...
- Pani EM, który to tydzień? - pyta lekarka
- Szósty od ostatniej miesiączki- już zaczynam się bać.
- No to tak właśnie wygląda.
Ufff, otwieram oczy, patrzę na monitor- no elegancko widać. Lekarka wciska mocniej głowicę...przysuwa się do monitora, poprawia coś..
- Zaraz , zaraz pani EM., ale....
O kurwa !- klnę w myślach, bo czuję co nastąpi dalej. Tylko nie to, proszę. Ale na monitorze widzę dokładnie to samo co lekarka. Nie trzeba być specjalistą...
- Pani EM- mamy bliźniaki!
No to ładne buty!!! Aż na takie " szczęście" nie byłam gotowa!
- Skonsultujemy się jeszcze, dobrze?- ten ton nie wróży nic dobrego.
Za kilka minut do gabinetu wchodzi całkiem miły lekarz, w średnim wieku
-Co my tu mamy ( Rany ! Jak mnie wkurza ten tekst! Czasem mam wrażenie, że lekarze uczą się go na studiach. )
- O! Bliźniaki! ( No i co się głupio śmiejesz?- tak mam mu ochotę powiedzieć. Mi wcale nie jest do śmiechu. JOT wywali mnie z domu! Co z moim kręgosłupem? lamentuję w myślach). Dalej już standard- pomiary, wymiary...w jednym jest akcja serca... w jednym...
- A ten drugi?- pytam ( już zapomniałam, że przed chwilą byłam wściekła na pana "comytumamy" )
- No...tu jeszcze nic nie widać...za tydzień trzeba sprawdzić. Może być różnie. ( Chyba umrę do poniedziałku).
Wracam na piechotę i ryczę jak bóbr. Nie wiem dlaczego.
- Będzie dobrze- pociesza JOT. Ale co znaczy dobrze? Sama nie wiem jak byłoby dobrze. Żaden scenariusz nie będzie idealny.
Ciągle nie mogę uwierzyć.
Ten sen z ciężarówką....to chyba Tir musiał być....

3.Fajnie...

We wtorek jadę do mojej pani doktor. Wita mnie z uśmiechem
-No zobaczmy co my tutaj mamy" Trzymam kciuki zaciśnięte , całkiem nieświadomie i patrzę na monitor. Znajomy obraz poznaję od razu- jest!!!:)))) Pani doktor nie jest jednak aż tak podekscytowana jak ja. Delikatnie studzi moje emocje mówiąc, że rzeczywiście jestem w ciąży, ale za wcześnie by cokolwiek powiedzieć...widzimy się za tydzień...chciałabym , żeby to było już jutro.
Jadę do domu i mam takiego kopa, że nawet kawa mi nie jest potrzebna.
- Jestem w ciąży, jestem w ciąży:))) powtarzam w myślach i śmieję się do siebie. Chciałabym krzyczeć, zadzwonić do mamy, do rodziny...za wcześnie. Trzeba się opanować.
Wieczorem jedziemy z JOT po Młodą do szkoły muzycznej....mało nie pękam przez całą drogę, tak mnie kusi, żeby się już pochwalić. ( " Jestem w ciąży "mam już przećwiczone na milion sposobów i opanowany do perfekcji). Podjeżdżamy na parking. Mamy jakieś 5 minut zanim Młoda przyjdzie:
- Byłam u lekarza- mówię i nie mogę przestać się uśmiechać
- Po co???( No niech żyje domyślność chłopie!!!!!)
- No i ....udało się!!!- śmieję się jak głupia
- No co ty gadasz? Naprawdę?
- A co, nie cieszysz się?
- Zaskoczony jestem....
No niech go trafi! Zaskoczony! Staramy się od kilku miesięcy, a ten zaskoczony jest!!!. Fakt , że w tym miesiącu dostałam od lekarki wspomagacz ( Clostybegyt) ale ja nie jestem zaskoczona... miał pomóc to pomógł:)
- Cześć- Młoda wpada do auta.
Trzeba ostudzić emocje.Umawiamy się, że nikomu jeszcze nie mówimy.

***
- Fajnie- mówi JOT przed zaśnięciem. (No szczyt entuzjazmu :)))

środa, 10 listopada 2010

2. Sen...

miesiąc temu miałam sen...śniło mi się że prosto na mnie jedzie rozpędzona ciężarówka. Obudziłam się tuż przed zderzeniem...sprawdzam dziś sennik...wkrótce spotka cię wielkie szczęście...hmm

1. Prezent...

W poniedziałek A. urodziła księżniczkę. Przeżywam ten poród jak własny i po kilku godzinach lecę do szpitala oglądać maleństwo. Napatrzeć się nie można na ten cud! Marzę już od dawna by Młoda miała rodzeństwo ale jakoś nie wychodzi...Za dwa dni mam dostać okres, ale co mi tam. W znajomej aptece tradycyjnie kupuję test ciążowy. Pani Krysia jak zwykle mruga do mnie porozumiewawczo okiem i pyta czy mam jeszcze kwas foliowy ( to naprawdę miłe, jak ktoś się tak troszczy o mnie:). Ulotki oczywiście nie czytam bo znam już na pamięć. Wiem, że powinnam test wykonać rano, najlepiej w dniu miesiączki ale co mi tam. W zasadzie to już przestało mnie to emocjonować. Robię ten cholerny test. Tradycyjnie jedna kreska ...no i dupa blada...Idę sobie zrobić kawę. Mocną z ciepłym mlekiem i dużą ilością cukru..a co należy mi się. Wracam do łazienki, żeby posprzątać i ukryć opakowanie od testu ( JOT pewnie by mnie wyśmiał bo uważa, że takie testy przed czasem są bez sensu...no ma rację jakby na to nie patrzeć ). Zawijam pudełeczko w papier toaletowy, zwijam folię, wyciągam z szafki podpaski ( na wszelki wypadek)...jeszcze sam test...ostatnie spojrzenie ...urojenie?- myślę ale znów patrzę ..no jak byk bladziutka i cieniutka druga kreska. Sprint do pani Krysi po następne dwa testy. Zrobię jutro. Cały wieczór zaglądam do kosmetyczki gdzie ukryłam test, żeby sprawdzić czy nie znikła. Jest , ciągle jest!!!! Na drugi dzień po pracy pędem do domu ....i znów po jakiś 3-4 minutach pojawia się druga , blada linia ( ale teraz już na tyle wyraźna, że nie podejrzewam się o urojenia). Robię kolejny test, żeby się upewnić...znów to samo:)))) Nic nie mówię JOT , bo aż się boję zapeszyć. Zresztą naszły mnie obawy, czy on się ucieszy...jeszcze niedawno mówił, że też chce....tylko A. mówię...i moje lekarce z którą umawiam się na poniedziałek na usg....boję się cieszyć.....boję się ruszyć....czekam na poniedziałek...
Aż mi się nie chce wierzyć, że w dniu narodzin księżniczki, otrzymuję taki prezent....