Wiadomo, że ciężarówki muszą jeździć wolniej niż osobowe. No nie mam złudzeń i dziś pierwszy raz do odczuwam. Totalnie szalony dzień w pracy. Dzieciaki nakręcone jak po amfetaminie, ja w stresie więc bez sensu się drę i wstawiam uwagi, ciągle jakieś papiery do uzupełnienie,dekoracje...Dość. Nie daję rady. Mam ochotę stanąć na środku korytarza i wywrzeszczeć: " Dajcie mi wszyscy święty spokój. Jestem w ciąży! " Ale nie mogę jeszcze. Jak się przyznam to zaraz dyrekcja mi utnie dodatki. Chciałabym utrzymać tajemnicę do stycznia ( wtedy podpisuje wypłaty na następny semestr). Jakby nie było parę stówek motywacyjnego mam ( ponoć dobry ze mnie pracownik:) więc szkoda by było. Poza tym nie chcę zapeszać...scenariusze mogą być różne więc na razie cisza.
Dziś moje dziewczynki z pracy robią babską nasiadówkę. Już od kilku dni przebąkuję, że jakiś antybiotyk biorę, bo zatoki, gardło... bez tego będą mi kazały kosztować nalewek i wina. No i oczywiście nie mylę się. Zaraz po przyjeździe ( biorę auto jako wymówkę choć to idiotyczne bo imprezka jest kilka ulic dalej) obwieszczam, że jeszcze strasznie mnie kręgosłup bolał i musiałam dowalić lekiem p/bólowym. Staje na tym że muszę jedynie zamoczyć usta w nalewce wiśniowej produkcji domowej, pochwalić i już mam spokój. Nigdy nie byłam specjalnie alkoholowa więc jakoś udaje mi się odwrócić uwagę i spokojnie cały wieczór sączę herbatkę z cytrynką. To zresztą wskazane bo jak na ironię losu rzeczywiście jakiś katar zaczyna mnie męczyć i gardło pobolewa. Oczywiście cały wieczór gadamy o pracy i dzieciakach, które uczymy. To jakaś choroba i zboczenie zawodowe. Teraz dokładnie to widzę. Około 21 ogarnia mnie totalne zmęczenie i czuję, że natychmiast muszę iść spać. Na szczęście wszystkie jutro idziemy do pracy ( taki bonus za wolny piątek 12 listopada:( i kończymy ploty.
Szczerze mówiąc jestem bardzo zmęczona. Jutro do pracy, w niedzielę studia ( a obiecywałam sobie, że w tym roku nie zacznę nic nowego). Obiecuję, że od poniedziałku wprowadzam ograniczenie prędkości i zwalniam.
Dziś moje dziewczynki z pracy robią babską nasiadówkę. Już od kilku dni przebąkuję, że jakiś antybiotyk biorę, bo zatoki, gardło... bez tego będą mi kazały kosztować nalewek i wina. No i oczywiście nie mylę się. Zaraz po przyjeździe ( biorę auto jako wymówkę choć to idiotyczne bo imprezka jest kilka ulic dalej) obwieszczam, że jeszcze strasznie mnie kręgosłup bolał i musiałam dowalić lekiem p/bólowym. Staje na tym że muszę jedynie zamoczyć usta w nalewce wiśniowej produkcji domowej, pochwalić i już mam spokój. Nigdy nie byłam specjalnie alkoholowa więc jakoś udaje mi się odwrócić uwagę i spokojnie cały wieczór sączę herbatkę z cytrynką. To zresztą wskazane bo jak na ironię losu rzeczywiście jakiś katar zaczyna mnie męczyć i gardło pobolewa. Oczywiście cały wieczór gadamy o pracy i dzieciakach, które uczymy. To jakaś choroba i zboczenie zawodowe. Teraz dokładnie to widzę. Około 21 ogarnia mnie totalne zmęczenie i czuję, że natychmiast muszę iść spać. Na szczęście wszystkie jutro idziemy do pracy ( taki bonus za wolny piątek 12 listopada:( i kończymy ploty.
Szczerze mówiąc jestem bardzo zmęczona. Jutro do pracy, w niedzielę studia ( a obiecywałam sobie, że w tym roku nie zacznę nic nowego). Obiecuję, że od poniedziałku wprowadzam ograniczenie prędkości i zwalniam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz:)))