Byłam na usg!!! Moja mama korzystając z tego, że przyjechała do Polski na święta, nie może odpuścić takiej okazji i idzie ze mną. Przejęta całą sprawą i moim nie najlepszym stanem psychicznym zostaje także sponsorem pierwszego filmu bliźniaków. Mamusie to jednak fajne babki są, zwłaszcza jak zostają babciami:) Gabinet genialny, warunki nieporównywalne z tymi na Klinice. Ja leżę wygodnie w ciepłym fotelu, a na wielkim ekranie ściennym trwa projekcja. Lekarz cierpliwie opowiada i wyjaśnia co widzimy. Generalnie mam wrażenie, że oglądamy z panem doktorem dwa różne filmy bo ja nie widzę tam nic:))) Jedyne co jako tako rozróżniam to głowy, tułów z rączkami i nóżkami. Bliźniaki wyglądem bardziej przypominają kosmonautów niż dzieci ale i tak są cudne. Oczywiście i moja mama i ja płaczemy. Ja nie wiem, ale jakaś taka płaczliwa w tej ciąży jestem. Lekarz twierdzi, że wszystko jest dobrze i to jest dla mnie najważniejsze. Mózgi ok, kręgosłupy zamknięte, ręce i bogi parami...nawet palce liczy. Też wszystko się zgadza. Niestety nie może zrobić oceny genetycznej bo jeden twins jest ciut za mały. Ma 4, 2 cm a żeby badanie miało sens musi urosnąć jeszcze przynajmniej 3 mm. Drugi zuch ( albo zuszka) jest większy i ma 4, 6 cm. Umawiamy się, że za tydzień przyjdę i jeszcze raz zrobimy badanie. Będzie dokładniejsze i bardziej miarodajne. Oczywiście, że przyjdę , choć już dzisiejsze mi wystarcza by się uspokoić. Serducha biją, maluchy fikają i rosną. Czego więcej można chcieć. W domu oglądam nagranie milion razy. Razem z Jot przy milion pięćdziesiątej projekcji stwierdzamy też , że mniejszy to musi być facet. Po pierwsze ładnie urósł i wyrównał wcześniejszą różnicę, to znaczy, że twardziel jest a po drugie oboje zgodnie stwierdzamy, że w ujęciu pośladkowym, którego nawet Polański by się nie powstydził, widać dwa jajka. A jak tatuś mówi, że jajka są to znaczy że są i już:) Czterech bab w domu biedak by nie zniósł....A swoją drogą co za czasy...Twinsy jeszcze się nie urodziły a już grają w filmie. Niezły czad. Żeby nie było to poniżej prezentacja kilku najbardziej emocjonujących ujęć:)))
czwartek, 30 grudnia 2010
poniedziałek, 27 grudnia 2010
22. Poczucie bezpieczeństwa....
Dziś miałam mieć USG. To tzw. genetyczne, czyli wykluczające wady wrodzone u dzieci. Kupę emocji kosztuje mnie czekanie na ten dzień. Rano, tuż po ósmej, zgodnie z umową dzwonię do pani doktor. Niestety nie odbiera. Domyślam się, że jest zajęta. Przecież jest w pracy. Za jakieś 20 minut dzwonię znów. Kolejne pół godziny i znów telefon. Próbuję tak jeszcze kilka razy. Bez skutku. Dzwonię więc do Kliniki. Udaje mi się ją złapać. Pani doktor rzuca tylko, że nie ma szans, bo mają sajgon na oddziale i mam przyjść w niedzielę na dyżur. Odkładam słuchawkę i wpadam w histerię. Tyle emocji kosztuje mnie każdy dzień oczekiwania na kolejne badania a teraz mam czekać jeszcze tydzień? Mam to w dupie. Uwielbiam moją panią doktor ale poza sympatią do jej osoby, zaczynam mieć wątpliwości czy dobrze wybrałam. Mam w nosie chodzenie do gabinetu na badanie i wpis do książeczki ciąży a na usg do Kliniki. Trochę tak jakbym się prosiła o łaskę. Od początku ciąży nie mam też ani jednego zdjęcia moich bliźniaków, bo w Klinice nie ma możliwości zrobienia wydruku ani nagrani ana płytkę. I nie chodzi mi tylko o pamiątkę . Choć, przyznam, to dla mnie też dużo znaczy bo jestem okropnie sentymentalna i zbieram wszystko co było dla mnie ważne. Mam tony listów, biletów na koncerty, zasuszonych kwiatków, włosy Młodej i jej zęby mleczne, które zabierała Wróżka Zębuszka. No taka jestem i już. Ale teraz chodzi o coś zupełnie innego. Boję się, że gdybym nagle trafiła do szpitala to poza informacją o wymiarach płodów w 10 tygodniu i kilkoma badaniami krwi , nie mam żadnych zdjęć dla porównania. Nie daje mi to poczucia bezpieczeństwa. Mam totalny mętlik w głowie. Postanawiam, że poszukam innego lekarza. Takiego u którego za każdym razem przy badaniu będę miała usg ze zdjęciem. To dla mnie istotne. Zbyt dużo nerwów mnie kosztuje ta niepewność. No i znów jestem w punkcie wyjścia. Jot stara się wytrzymać moje nerwy. Idziemy na spacer z psem. Muszę ochłonąć. Wiem, że moje zachowanie jest irracjonalne, ale nie potrafię się wyluzować. Na szczęście Jot staje na wysokości zadania i każe mi umówić się prywatnie na USG. Pójdziemy razem...
sobota, 25 grudnia 2010
21. Świąteczna dieta...
A mówiła mama , że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca... Jednak wstyd mi się zrobiło i postanowiłam wziąć się do roboty. Nagotował się jak głupia, wysprzątałam mieszkanie, wystroiłam stół i siebie. Godzina zero nadeszła. Goście zadowoleni, najedzeni więc udało się! Niestety, tak mniej więcej przy karpiku zaczyna mnie mdlić. Mam też wzdęcie i ból brzucha. Nie jest dobrze. A jeszcze wczoraj pisałam, że doskonale się czuję. Zapeszyłam. Do końca wieczoru już nic nie jem. Noc koszmarna. Bolą mnie nerki i jest mi niedobrze. Świątecznego śniadania nie tykam, na obiad też nie wstaję. Normalnie szczyt gościnności. Cały dzień leżę w łóżku, a teście obsługują się sami. JOT , tak koło południa także zaczyna narzekać na żołądek. No ładne kwiatki. Czyli Młoda nie zatruła się a przyniosła jakąś infekcję. Na szczęście nie wymiotujemy ale samopoczucie koszmarne:( Większość żarcia, które nagotowałam pakuję teściom do domu, resztę mrożę. JOT, podobnie jak ja nie jest w stanie nic przełknąć. Młoda też apetytu jeszcze nie odzyskała. Zmarnowałoby się. Wyciągamy sucharki...Wesołych świąt...
czwartek, 23 grudnia 2010
20. Puszcza Kampinoska...
No nie ma tak dobrze. Jutro wigilia. Czas zebrać się w garść i jednak ruszyć do pracy. Wprawdzie system zarządzania świątecznego zadziałał doskonale i generalnie mam wszystko co trzeba, jednak bez sprawnego systemu operacyjnego nie ruszę z miejsca. No i niestety wychodzi, że ten system operacyjny to ja. Trzeba wszystkie działania zintegrować. Aktualnie mam totalnie zawaloną kuchnię jakimiś torbami, miskami i garnkami. Zaprawione mięsiwa na obiadek świąteczny, prezenty kupione...ale trzeba to wszystko teraz jakoś ogarnąć. Młoda mi wycięła numer i zatruła się czymś. Całą noc wymiotowała więc mimo wcześniejszego szyderczego planu nie mam sumienia ruszać jej z łóżka w celu zaprzęgnięcia do roboty. Jot w pracy więc jego pomoc też odpada. Teściowa i mama przyjeżdżają w dniu wigilii więc ich udział raczej ograniczy się do obrania ziemniaków i nakrycia do stołu. Chyba nie ma wyjścia. I tak udało mi się dość długo udawać, że święta daleko. A i wymówki żadnej nie mam. Czuję się zaskakująco dobrze. Wczoraj byłam u lekarza i wygląda na to ,że bliźniaki mają się też całkiem nieźle. Nie mam nawet maleńkich mdłości. No to teraz jestem w lesie..i nawet dzisiaj mam wrażenie że jest to już nie tylko las a cała Puszcza Kampinoska.
środa, 22 grudnia 2010
19. Poszalały...
Umawiam się z dziewczynami z liceum ( kiedy to było?) na ploty. Mo właśnie przyjechała z Japonii, Fasola z Londynu. Jest jeszcze trzecia z naszej ekipy szkolnej- Berni, ale w tym roku święta spędza w Finlandii, gdzie wyjechała kilka lat temu. Tylko ja od urodzenia tkwię we Wrocławiu. Ba, nawet adresu nie zmieniłam. Laski zjeżdżają na święta do rodzin więc absolutnie takiej okazji przegapić nie można. Umawiamy się obowiązkowo! Dajemy jeszcze znać ludziom klasy ale standardowo: praca, wyjazd, dzieci...Nie potrafię tego pojąć. Też pracuję, mam dziecko, inne zajęcia, święta za pasem, ale spotkania przegapić nie mogę. Ile godzin przegadałyśmy w ogólniaku, ile łez razem wylałyśmy..ach wzięło mnie na sentymenty. Zresztą być może to nasze ostatnie spotkanie przed przerwą. Po urodzeniu bliźniaków pewnie nie będzie to łatwe:) Spotykamy się w knajpie - spełnieniu marzeń naszej koleżanki z ogólniaka. Fajnie jej wyszło. Jest klimat, fajna muzyczka. I co najważniejsze, my jesteśmy. Oczywiście z uwagi na moją ciążę zajmujemy część dla niepalących ( kocham ludzi , którzy ustanowili o zakazie palenia w lokalach). Jest jak za dawnych czasów. Plotkujemy, obgadujemy naszych kolegów i koleżanki. Fasola zdradza nam, że też jest w ciąży. Od tej pory imprezujemy już nie w cztery tylko w siódemkę. My i nasza trójka nienarodzonych dzieci ( tudzież, jak to pieszczotliwie mówi Fasola: zygot). Wypijamy za to. Pocieszamy się nawzajem, że na pewno świetnie sobie damy radę, że będzie cudownie:) Wspominamy dawne czasy, nasze miłości, nasze dramaty. Nic się nie zmieniłyśmy. W zasadzie to trzeba przyznać, że nawet czas dla nas jest łaskawy ,bo poza paroma kilogramami do przodu ( co nie dotyczy Mo, bo ta od kiedy pamiętam marzy by utyć:) i kilkoma zmarszczkami , nie wiele się posunęłyśmy. Nadal piękne, mądre i skromne:))) Balujemy do północy. Było super. Jak kiedyś. Z jedną , małą różnicą. Kiedyś przy okazji takich posiedzeń wypijałyśmy przynajmniej po 4 piwa, 2 drinki i wypalałyśmy po paczce fajek. Bilans naszej imprezy: 6 herbat, 3 tosty, cola, paluszki chipsy:) No to poszalałyśmy:P
piątek, 17 grudnia 2010
18. Świąteczne centrum zarządzania...
Co mnie podkusiło, żeby Wigilię robić u siebie??? No fakt, kiedy wpadłam na ten szalony pomysł i zapraszałam do siebie teściów i mamę, nie wiedziałam , że jestem w ciąży. A teraz święta coraz bliżej i ogarnia mnie totalne przerażenie. Stan moich przygotowań wygląda mniej więcej tak, że nie mam nic. Kompletnie nic. Wprawdzie wczoraj zakupiłam trzy duże pstrągi i wrzuciłam do zamrażarki, ale na więcej prac nie mam mocy. Bałagan mnie przerasta, zakupy nie zrobione, prezentów też w zasadzie nie mam. A najgorsze jest to, że nie wiem za co się zabrać , kiedy i od której strony. Jak sobie pomyślę o tłumach w sklepach, galeriach to natychmiast tracę wenę twórczą. No ale czas płynie nieubłaganie więc mimo niemocy, wracając z pracy kupuję 2 kilogramy kapusty na bigos. Ot wyczyn. Nagle do głowy wpada mi genialna myśl. Plan idealny i doskonały, ujmujący w swej prostocie. Dzwonię do babci:
- Cześć babciu, czy w tym roku można już składać zamówienia na catering świąteczny?- żartuję.
- A co mam zrobić kochana?
- No wiesz babciu, jakbyś tak pierożków mi zrobiła i uszek , i może jeszcze rybkę po grecku bo taką pyszną to tylko ty robisz- podpuszczam nieśmiało.
- Nie ma sprawy, masz zrobione!
Babcia to cudowna instytucja! Jestem uratowana. A co mi tam, próbuję szczęścia dalej i dzwonię do teściowej:
- Cześć synowa, jak samopoczucie?
- A wiesz tak kiepsko się czuję, a tu jeszcze święta przede mną...
- Kochana to może ja coś przygotuję?
Haczyk połknięty! Ale dalej stwarzam pozory, żeby nie spłoszyć ofiary:
- Naprawdę mamo, mogłabyś?
- No przecież to żaden problem. Mów co mam zrobić.
- To wiesz, może ciasto jakieś upieczesz i śledziki przygotujesz bo te w oleju co robisz to są wprost rewelacyjne - staram się nie przegiąć.
- A może jakieś mięsko na święta upiekę?
- Mamo coś tam zrobię przecież- dalej stwarzam pozory
- A będziesz się z mięsem jeszcze certolić. I tak dużo roboty masz z wigilią.
Cudownie. Zatem jest jeszcze mięso. Zaraz zadzwonię do JOT żeby o prezentach pomyślał a Młoda za karę jutro posprząta łazienkę. Muszę tylko jeszcze wymyślić za co ta kara, ale zważając na jej ostatnie wybryki, bez problemu coś znajdę. Nie ma to jak dobrze robotą zarządzić i odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska przydzielić. Zostaje mi barszczyk- zdaje się ten w kartonie Krakusa całkiem smaczny jest:) Uwielbiam przygotowania do świąt...zwłaszcza te z pozycji sofy i kocyka:)
- Cześć babciu, czy w tym roku można już składać zamówienia na catering świąteczny?- żartuję.
- A co mam zrobić kochana?
- No wiesz babciu, jakbyś tak pierożków mi zrobiła i uszek , i może jeszcze rybkę po grecku bo taką pyszną to tylko ty robisz- podpuszczam nieśmiało.
- Nie ma sprawy, masz zrobione!
Babcia to cudowna instytucja! Jestem uratowana. A co mi tam, próbuję szczęścia dalej i dzwonię do teściowej:
- Cześć synowa, jak samopoczucie?
- A wiesz tak kiepsko się czuję, a tu jeszcze święta przede mną...
- Kochana to może ja coś przygotuję?
Haczyk połknięty! Ale dalej stwarzam pozory, żeby nie spłoszyć ofiary:
- Naprawdę mamo, mogłabyś?
- No przecież to żaden problem. Mów co mam zrobić.
- To wiesz, może ciasto jakieś upieczesz i śledziki przygotujesz bo te w oleju co robisz to są wprost rewelacyjne - staram się nie przegiąć.
- A może jakieś mięsko na święta upiekę?
- Mamo coś tam zrobię przecież- dalej stwarzam pozory
- A będziesz się z mięsem jeszcze certolić. I tak dużo roboty masz z wigilią.
Cudownie. Zatem jest jeszcze mięso. Zaraz zadzwonię do JOT żeby o prezentach pomyślał a Młoda za karę jutro posprząta łazienkę. Muszę tylko jeszcze wymyślić za co ta kara, ale zważając na jej ostatnie wybryki, bez problemu coś znajdę. Nie ma to jak dobrze robotą zarządzić i odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska przydzielić. Zostaje mi barszczyk- zdaje się ten w kartonie Krakusa całkiem smaczny jest:) Uwielbiam przygotowania do świąt...zwłaszcza te z pozycji sofy i kocyka:)
wtorek, 14 grudnia 2010
17. Uff...
Idziemy na USG. Takie ponadplanowe i wyproszone przeze mnie. Na poprzednim przez ten cholerny angielski byłam tak skołowana, że nie zdążyłam nawet się przyjrzeć bliźniakom. Na szczęście moja kochana pani doktor uznaje, że lepsze dodatkowe usg niż zestresowana baba w ciąży i zaprasza mnie do kliniki podczas dyżuru. Pierwsze "uff" robię, gdy okazuje się, że tym razem badanie będzie bez studentów i lekcji angielskiego. W gabinecie jesteśmy same...Oczywiście kciuki mam tak zaciśnięte, że prawie drętwieją ale ..i tu drugie "uff."..pani doktor pokazuje mi oba serducha, które biją jak szalone. Moje też za chwilkę wyskoczy. Bliźniaki już całkiem spore. Jeden ma 2,2 cm a drugi 1,4 cm. U większego widać już całkiem wyraźnie głowę, nogi i pępowinę. Drugi jest jeszcze całkiem malutki i potrafię rozróżnić tylko głowę. Co do reszty widoków wierzę na słowo lekarce :) Twierdzi, że wszystko wygląda ok a taką różnicą wielkości nie należy się przejmować. No postaram się, ale oczywiście już mam tysiąc myśli w głowie. Następne USG w 12 tygodniu...
niedziela, 12 grudnia 2010
16. Do roboty...
No i skończyło się chorowanie, leniuchowanie, byczenie, spanie ile się chce i pichcenie. Jutro wracam do pracy. Nie było mnie dwa tygodnie więc pewnie czeka mnie niezły maraton przed świętami. W sumie idealnie zdrowa jeszcze nie jestem ale muszę przyznać, że od tego siedzenia w domu lekko zaczynam dostawać do głowy. Póki więc jestem na chodzie i mogę pracować to trzeba korzystać:) Chyba nawet się cieszę.
Jutro urodziny Młodej. 13 grudnia równo 11 lat temu. Jutro też mam USG. Boję się:( 13 jest szczęśliwa....alive znaczy żyje...powtarzam sobie .
Jutro urodziny Młodej. 13 grudnia równo 11 lat temu. Jutro też mam USG. Boję się:( 13 jest szczęśliwa....alive znaczy żyje...powtarzam sobie .
piątek, 10 grudnia 2010
15. Mam ochotę na...
Jeśli mówiłam że nie mam zachcianek to kłamałam. Normalnie od tygodnia budzę się o 5 rano. Nie , nie dlatego żebym się wyspała. Budzę się z głodu!!! Tak mi burczy w brzuchu i ssie , że muszę coś zjeść i to natychmiast. Niestety o takiej porze nie jestem w stanie przełknąć nic konkretnego. Ratuję się mlekiem z musli ( dzięki ci Boże, że nie mam mdłości) i bananami. Od kawy mnie odrzuca, co jest dla mnie totalnym zaskoczeniem, bo kawę uwielbiam. Nie mniej jak już sobie ją zrobię, to odchodzi mi ochota i wolę herbatkę z miodem. Wracając jednak do porannego głodu, to jak już dostarczę paliwa młodym, odechciewa mi się spać. I co tu robić? Z tych nudów głupoty mi do głowy wpadają. I tak na przykład dzisiaj zanim JOT i Młoda wstają, ja już mam ciasto w piekarniku, zupę na gazie i ugotowane warzywa na sałatkę jarzynową. Jest to o tyle niebywałe, że po pierwsze w ogóle nie piekę, nie bardzo lubię gotować ( choć mi nawet to wychodzi), no i przede wszystkim uwielbiam spać. No ale mam taką ochotę na jabłecznik....A jak już go robię to nachodzi mnie chęć na sałatkę jarzynową, a potem na zupkę pomidorową z lanymi kluskami. Dobrze, że jestem chora i wychodzić nie mogę bo w ciągu dnia mam smaczka jeszcze na: śledzie w oleju, ananasa, bigos, grzybki w occie, coca colę i wstyd się przyznać ale na piwo też mnie ochota złapała. Z braku laku zjadam kilogram mandarynek, 3 banany, 2 kiwi i gotuję galaretkę owocową...Dobrze, że w poniedziałek do pracy wracam..nie będzie czasu na głupoty. Mam nadzieję, że ciąża bliźniacza nie oznacza podwójnego apetytu, bo inaczej do lipca szybciej pęknę niż urodzę.
środa, 8 grudnia 2010
14. Dr House czyli lekarz domowy...
Idę dziś do internisty. Czuję, że moje przeziębienie jednak wymaga konsultacji. Potrzebuję też zwolnienia. Idę oczywiście do mojego ukochanego dr D. Jest fantastyczny. Zawsze uśmiechnięty, spokojny, rzeczowy. Niekiedy sama wizyta u niego mnie uzdrawia:)
Od prawie tygodnia nie wychodzę z domu przez to cholerne przeziębienie więc czas doprowadzić się do porządku. Nie wypada iść do D. w dresach. A co mi tam...nawet makijaż delikatny robię i kurczę...baba to jednak jak się uczesze i umaluje to inaczej wygląda. Zapakowana w śniegowce, czapę, rękawice brnę przez śnieg i błoto do przychodni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk! Na dodatek moje pindrzenie się przed lustrem szlak trafił. Szminka zjedzona, gęba czerwona od mrozu, włosy rozczochrane od czapki, nos zapuchnięty...no cudo:)
Wchodzę do gabinetu:
- Witam Panią. Jakiż mamy problem?- z troską wita mnie dr D.
- Panie doktorze..no cóż ...jestem w ciąży...
- Ale nie jestem ojcem? - śmieje się D. ( właśnie za to poczucie humoru go lubię) Oczywiście kiwam przecząco głową i też się śmieję.
- Uff...To nie mamy wspólnego problemu. W taki razie jaki to Pani ma problem?
Wyliczam pięknie objawy, wymieniam leki jakie stosuję...
- No cóż. Po tej wspaniałej prelekcji pozostaje mi tylko wypisać zwolnienie i wpisać piątkę z plusem za diagnozę i leczenie- chwali mnie D. Oczywiście mimo wszystko dokładnie mnie bada, mierzy ciśnienie, osłuchuje...ale leczenia rzeczywiście nie zmienia. Mam stosować wszystko co sobie sama zaordynowałam i siedzieć w domu w ciepełku.
Normalnie dr House ze mnie i już:)
Od prawie tygodnia nie wychodzę z domu przez to cholerne przeziębienie więc czas doprowadzić się do porządku. Nie wypada iść do D. w dresach. A co mi tam...nawet makijaż delikatny robię i kurczę...baba to jednak jak się uczesze i umaluje to inaczej wygląda. Zapakowana w śniegowce, czapę, rękawice brnę przez śnieg i błoto do przychodni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk! Na dodatek moje pindrzenie się przed lustrem szlak trafił. Szminka zjedzona, gęba czerwona od mrozu, włosy rozczochrane od czapki, nos zapuchnięty...no cudo:)
Wchodzę do gabinetu:
- Witam Panią. Jakiż mamy problem?- z troską wita mnie dr D.
- Panie doktorze..no cóż ...jestem w ciąży...
- Ale nie jestem ojcem? - śmieje się D. ( właśnie za to poczucie humoru go lubię) Oczywiście kiwam przecząco głową i też się śmieję.
- Uff...To nie mamy wspólnego problemu. W taki razie jaki to Pani ma problem?
Wyliczam pięknie objawy, wymieniam leki jakie stosuję...
- No cóż. Po tej wspaniałej prelekcji pozostaje mi tylko wypisać zwolnienie i wpisać piątkę z plusem za diagnozę i leczenie- chwali mnie D. Oczywiście mimo wszystko dokładnie mnie bada, mierzy ciśnienie, osłuchuje...ale leczenia rzeczywiście nie zmienia. Mam stosować wszystko co sobie sama zaordynowałam i siedzieć w domu w ciepełku.
Normalnie dr House ze mnie i już:)
niedziela, 5 grudnia 2010
13. Punkt widzenia..
No i rozłożyłam się totalnie. Mam koszmarny katar, bolą mnie uszy i gardło. Najgorsze, że temperatura się dołączyła. Moje wątpliwości na temat powrotu do pracy rozwiały się same. Nawet nie ma mowy, żebym w takim stanie wyszła z domu, a już tym bardziej pracowała. Jedyne gdzie jutro mogę iść, to do lekarza po dalsze zwolnienie. Nie zdawałam sobie sprawy, że leczenie przeziębienia w ciąży to taki problem. W związku z tym, że wszelkie domowe sposoby typu herbatki z miodem, uderzeniowe dawki cytryny, imbir czy nawet czosnek ( blee! ale przełamałam się dla dobra naszej trójki) zawiodły , JOT został wysłany na misję "apteka". Niestety jak na ograniczone możliwości leczenia, producenci w cenach się już nie ograniczają, wychodząc z założenia, że jak baba w ciąży to wyjścia nie ma. Na leki, głównie homeopatyczne, wydał ponad 60 zł. Od razu czuję się lepiej:)
Planowałam też dziś jechać na jakieś zakupy. Jednak w tej sytuacji plany musiały ulec zmianie. No ale jeść trzeba. Postanawiamy z JOT zaszpanować i robimy zakupy on-line. Dowóz i wniesienie zakupów 9,99 więc nawet nie warto ruszać samochodu spod domu zwłaszcza, że oszołomieni ilością opadów drogowcy nadal nie doszli do siebie i wszędzie zaspy i lód. I pomyśleć, że jakiś rok temu kiedy czytałam o jakieś gwieździe robiącej zakupy spożywcze w internecie, pękałam ze śmiechu. No cóż ...punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W moim przypadku leżenia. A swoją drogą coś czuję, że przy bliźniakach stałe konto w e- spożywczym to niezłe rozwiązanie...
Planowałam też dziś jechać na jakieś zakupy. Jednak w tej sytuacji plany musiały ulec zmianie. No ale jeść trzeba. Postanawiamy z JOT zaszpanować i robimy zakupy on-line. Dowóz i wniesienie zakupów 9,99 więc nawet nie warto ruszać samochodu spod domu zwłaszcza, że oszołomieni ilością opadów drogowcy nadal nie doszli do siebie i wszędzie zaspy i lód. I pomyśleć, że jakiś rok temu kiedy czytałam o jakieś gwieździe robiącej zakupy spożywcze w internecie, pękałam ze śmiechu. No cóż ...punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W moim przypadku leżenia. A swoją drogą coś czuję, że przy bliźniakach stałe konto w e- spożywczym to niezłe rozwiązanie...
piątek, 3 grudnia 2010
czwartek, 2 grudnia 2010
11.Zimno- ciepło...
Jadę dziś do mojej pani doktor. Niestety w tym roku, mimo szumnych zapowiedzi, że będzie inaczej, drogowcy znów nas olali. Główne ulice wyglądają dokładnie tak samo jak osiedlowe. Samochody zakopane, ludzie po kolana w śniegu, nie widać pługów ani piaskarek. Wszystko byłoby normalnie gdyby to była wioska gdzieś w górach a nie wielkie miasto. No nic -"Wrocław miastem spotkań" - myślę i zostawiam auto pod domem. Jednak po czterdziestu minutach spędzonych na przystanku zaczynam żałować. Może i stałabym w korku ale przynajmniej byłoby ciepło...No ale przecież nie będę się cofać. Postanawiam iść kilka przystanków do przodu, stamtąd mam więcej możliwości. Po drodze zaliczam znajomy sklepik i kupuję rękawiczki oraz skarpety wełniane...nóg i rąk już nie czuję. Po kolejnych trzydziestu minutach udaje mi się wsiąść w tramwaj. Wsiąść a właściwie wcisnąć bo na pomysł pozostawienia samochodu pod domem wpadło chyba pół miasta. Na szczęście w gabinecie wyjątkowo nie ma tłumu pacjentek. Chyba przestraszyły się pogody. Wizyta rutynowa. W zasadzie potwierdzająca to wszystko co już wiem. Pani doktor mierzy mi ciśnienie ( standardowo niskie), waży ( o rany tą ciążę zaczynam z wagą 10 kg większą niż pierwszą!) , zakłada kartę ciąży. Kiedy mi ją wręcza czuję się jak na rozdaniu dyplomów. Mamy już oficjalny termin porodu na 18 lipca. Ale fajna data. Młodą rodziłam w grudniu i przez ponad miesiąc nie wychodziłyśmy z domu bo śnieżyce i mrozy były. Teraz będzie inaczej. Mój cukier w moczu nie martwi pani doktor tak jak mnie. Każe powtórzyć badanie i śmieje się, że pewnie zjadłam kilogram mandarynek dzień wcześniej...no kilogram może nie ale jakieś pół kilo pewnie tak...Następna wizyta przed samą wigilią.
Jakaś taka zawiedziona wychodzę. Liczyłam na zobaczenie moich cukiereczków na USG bo w poniedziałek byłam zbyt oszołomiona by się przyjrzeć. No ale pani doktor mówi, że to bez sensu. Na usg mam przyjść za dwa tygodnie do kliniki.
O dziwo tramwaj przyjeżdża błyskawicznie. Niestety po kilku minutach staje. Znów na piechotę trzeba iść. Całe miasto sparaliżowane. Nie jeździ nic. Po godzinie docieram do domu. Nie czuję palców u nóg ale to nie jest ważne. Piję herbatę z miodem i czytam setny raz:
Karta przebiegu ciąży. Ciąża mnoga 7/8 tydzień...i od razu robi się cieplej.
Jakaś taka zawiedziona wychodzę. Liczyłam na zobaczenie moich cukiereczków na USG bo w poniedziałek byłam zbyt oszołomiona by się przyjrzeć. No ale pani doktor mówi, że to bez sensu. Na usg mam przyjść za dwa tygodnie do kliniki.
O dziwo tramwaj przyjeżdża błyskawicznie. Niestety po kilku minutach staje. Znów na piechotę trzeba iść. Całe miasto sparaliżowane. Nie jeździ nic. Po godzinie docieram do domu. Nie czuję palców u nóg ale to nie jest ważne. Piję herbatę z miodem i czytam setny raz:
Karta przebiegu ciąży. Ciąża mnoga 7/8 tydzień...i od razu robi się cieplej.
środa, 1 grudnia 2010
10. Cukiereczek ...
Obieram wyniki badań. Wszystkie w porządku poza jednym. Cukier w moczu. Oczywiście natychmiast przypominam sobie wszystkie artykuły na temat cukrzycy ciążowej, które dotychczas czytałam. Wiem co to oznacza. Ale nie, dziś będę rozsądna. Poczekam do jutrzejszej wizyty u lekarza. Tym razem nie będę się diagnozować w internecie.
9.Podwójne jaja
Dziś razem z JOT ustaliliśmy, że wiadomości o ciąży jednak nie będziemy zostawiać "pod choinkę". Plan był taki, że rodzina pod choinką znajdzie płytę z USG...ale po namyśle stwierdziliśmy, że taka podwójna niespodzianka to zbyt duży kaliber. Ostatecznie chcemy uniknąć przykrych sytuacji przy świętach. Postanawiamy, że Młodej powiemy jako pierwszej. To ona była głównym dręczycielem w kwestii produkcji rodzeństwa. Młoda kończy odrabiać lekcje więc wzywamy ją do siebie. Akurat dostała 3- z matmy więc już ma cykora, że dostanie kolejny opiernicz. Staje przed nami prawie na baczność.
- Słuchaj Młoda, niestety w tym roku nie pojedziesz na kolonię- staram się przyjąć jak najbardziej poważny ton.-Yyyy, dlaczego?
- No niestety, ale będziesz miała ważniejsze zajęcia i nowe obowiązki.
- yyyy ( muszę przyznać, że jej wypowiedzi są niezwykle elokwentne)
- Będziesz musiała pomóc w opiece nad rodzeństwem...nad bliźniakami
Ogrom wiadomości spada na Młodą z taką siłą, że nie wie co robić. Śmieje się, płacze...Ja oczywiście z nią ( jakoś taka wrażliwa się zrobiłam w tej ciąży). Postanawiamy, że to Młoda powiadomi rodziców JOT.
-Cześć babcia- Młoda udaje pełen luz.
- Jak miło, że dzwonisz . Ale niespodzianka
- Babciu mam dla Ciebie większą niespodziankę. Będę miała rodzeństwo!
- Super- babcia cieszy się z Młodą
- Ale babciu to będzie podwójna niespodzianka! Będą bliźniaki!
- No coś ty , żarty sobie robisz....
Takich telefonów wykonaliśmy jeszcze kilka: mama, ciocia, babcia...reakcja wszystkich:
- No jaja sobie robicie!!
Dokładnie. Jaja i to nawet dwa:) A tak w ogóle to gdyby ktoś pytał- to czuję się całkiem dobrze...
8. Duo system...
JOT wrócił z pracy, stawia na stole dwa Heinekeny i śmieje się :
- No kochana, teraz już przecież wszystko musimy kupować po dwa....
( Ha, ha, ha, bardzo śmieszne. Tym sposobem zanim urodzę to on wpadnie w alkoholizm) Ale też zaczynam się śmiać...
Razem z JOT próbujemy to wszystko jakoś ogarnąć. Ale strachu jest chyba wciąż więcej niż radości. Mi co jakiś czas włącza się tryb " panika", na zmianę z programem " histeria", on ma więcej dystansu i luzu ( co jest w zasadzie dla mnie zaskakujące) ale też się boi:
- JOT , jak my damy radę ? - ( aha tryb "panika")
-Hmmm, mam propozycję- JOT zawiesza ton chcąc podnieść napięcie.
-Jeśli urodzi się chłopiec i dziewczynka to... ( znów napięcie)...dziewczynkę utopimy bo już jedną mamy. Wybuchamy śmiechem. Ale to taki śmiech pełen strachu. Oboje boimy się jak cholera. Chcieliśmy dziecka to mamy. No ale na ilość tych dzieci przecież nie mamy wpływu .
- Będzie fajnie- mówię na głos jakbym chciała samą siebie przekonać do słuszności tej tezy.
- No a na pewno wesoło:) - śmieje się JOT popijając piwko.
- Dobra idę zrobić herbatę z miodem. A właściwie to od razu zrobię dwie...
I znów wybuchamy śmiechem.
- No kochana, teraz już przecież wszystko musimy kupować po dwa....
( Ha, ha, ha, bardzo śmieszne. Tym sposobem zanim urodzę to on wpadnie w alkoholizm) Ale też zaczynam się śmiać...
Razem z JOT próbujemy to wszystko jakoś ogarnąć. Ale strachu jest chyba wciąż więcej niż radości. Mi co jakiś czas włącza się tryb " panika", na zmianę z programem " histeria", on ma więcej dystansu i luzu ( co jest w zasadzie dla mnie zaskakujące) ale też się boi:
- JOT , jak my damy radę ? - ( aha tryb "panika")
-Hmmm, mam propozycję- JOT zawiesza ton chcąc podnieść napięcie.
-Jeśli urodzi się chłopiec i dziewczynka to... ( znów napięcie)...dziewczynkę utopimy bo już jedną mamy. Wybuchamy śmiechem. Ale to taki śmiech pełen strachu. Oboje boimy się jak cholera. Chcieliśmy dziecka to mamy. No ale na ilość tych dzieci przecież nie mamy wpływu .
- Będzie fajnie- mówię na głos jakbym chciała samą siebie przekonać do słuszności tej tezy.
- No a na pewno wesoło:) - śmieje się JOT popijając piwko.
- Dobra idę zrobić herbatę z miodem. A właściwie to od razu zrobię dwie...
I znów wybuchamy śmiechem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




