Jadę dziś do mojej pani doktor. Niestety w tym roku, mimo szumnych zapowiedzi, że będzie inaczej, drogowcy znów nas olali. Główne ulice wyglądają dokładnie tak samo jak osiedlowe. Samochody zakopane, ludzie po kolana w śniegu, nie widać pługów ani piaskarek. Wszystko byłoby normalnie gdyby to była wioska gdzieś w górach a nie wielkie miasto. No nic -"Wrocław miastem spotkań" - myślę i zostawiam auto pod domem. Jednak po czterdziestu minutach spędzonych na przystanku zaczynam żałować. Może i stałabym w korku ale przynajmniej byłoby ciepło...No ale przecież nie będę się cofać. Postanawiam iść kilka przystanków do przodu, stamtąd mam więcej możliwości. Po drodze zaliczam znajomy sklepik i kupuję rękawiczki oraz skarpety wełniane...nóg i rąk już nie czuję. Po kolejnych trzydziestu minutach udaje mi się wsiąść w tramwaj. Wsiąść a właściwie wcisnąć bo na pomysł pozostawienia samochodu pod domem wpadło chyba pół miasta. Na szczęście w gabinecie wyjątkowo nie ma tłumu pacjentek. Chyba przestraszyły się pogody. Wizyta rutynowa. W zasadzie potwierdzająca to wszystko co już wiem. Pani doktor mierzy mi ciśnienie ( standardowo niskie), waży ( o rany tą ciążę zaczynam z wagą 10 kg większą niż pierwszą!) , zakłada kartę ciąży. Kiedy mi ją wręcza czuję się jak na rozdaniu dyplomów. Mamy już oficjalny termin porodu na 18 lipca. Ale fajna data. Młodą rodziłam w grudniu i przez ponad miesiąc nie wychodziłyśmy z domu bo śnieżyce i mrozy były. Teraz będzie inaczej. Mój cukier w moczu nie martwi pani doktor tak jak mnie. Każe powtórzyć badanie i śmieje się, że pewnie zjadłam kilogram mandarynek dzień wcześniej...no kilogram może nie ale jakieś pół kilo pewnie tak...Następna wizyta przed samą wigilią.
Jakaś taka zawiedziona wychodzę. Liczyłam na zobaczenie moich cukiereczków na USG bo w poniedziałek byłam zbyt oszołomiona by się przyjrzeć. No ale pani doktor mówi, że to bez sensu. Na usg mam przyjść za dwa tygodnie do kliniki.
O dziwo tramwaj przyjeżdża błyskawicznie. Niestety po kilku minutach staje. Znów na piechotę trzeba iść. Całe miasto sparaliżowane. Nie jeździ nic. Po godzinie docieram do domu. Nie czuję palców u nóg ale to nie jest ważne. Piję herbatę z miodem i czytam setny raz:
Karta przebiegu ciąży. Ciąża mnoga 7/8 tydzień...i od razu robi się cieplej.
Jakaś taka zawiedziona wychodzę. Liczyłam na zobaczenie moich cukiereczków na USG bo w poniedziałek byłam zbyt oszołomiona by się przyjrzeć. No ale pani doktor mówi, że to bez sensu. Na usg mam przyjść za dwa tygodnie do kliniki.
O dziwo tramwaj przyjeżdża błyskawicznie. Niestety po kilku minutach staje. Znów na piechotę trzeba iść. Całe miasto sparaliżowane. Nie jeździ nic. Po godzinie docieram do domu. Nie czuję palców u nóg ale to nie jest ważne. Piję herbatę z miodem i czytam setny raz:
Karta przebiegu ciąży. Ciąża mnoga 7/8 tydzień...i od razu robi się cieplej.
I od razu robi nam sie wszystkim cieplej :-) A dziewczyny (lub chlopaki,lub dziewczyna i chlopak) zahartowane beda od malego :-)))
OdpowiedzUsuńBuziaki!
Maszka