Idę dziś do internisty. Czuję, że moje przeziębienie jednak wymaga konsultacji. Potrzebuję też zwolnienia. Idę oczywiście do mojego ukochanego dr D. Jest fantastyczny. Zawsze uśmiechnięty, spokojny, rzeczowy. Niekiedy sama wizyta u niego mnie uzdrawia:)
Od prawie tygodnia nie wychodzę z domu przez to cholerne przeziębienie więc czas doprowadzić się do porządku. Nie wypada iść do D. w dresach. A co mi tam...nawet makijaż delikatny robię i kurczę...baba to jednak jak się uczesze i umaluje to inaczej wygląda. Zapakowana w śniegowce, czapę, rękawice brnę przez śnieg i błoto do przychodni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk! Na dodatek moje pindrzenie się przed lustrem szlak trafił. Szminka zjedzona, gęba czerwona od mrozu, włosy rozczochrane od czapki, nos zapuchnięty...no cudo:)
Wchodzę do gabinetu:
- Witam Panią. Jakiż mamy problem?- z troską wita mnie dr D.
- Panie doktorze..no cóż ...jestem w ciąży...
- Ale nie jestem ojcem? - śmieje się D. ( właśnie za to poczucie humoru go lubię) Oczywiście kiwam przecząco głową i też się śmieję.
- Uff...To nie mamy wspólnego problemu. W taki razie jaki to Pani ma problem?
Wyliczam pięknie objawy, wymieniam leki jakie stosuję...
- No cóż. Po tej wspaniałej prelekcji pozostaje mi tylko wypisać zwolnienie i wpisać piątkę z plusem za diagnozę i leczenie- chwali mnie D. Oczywiście mimo wszystko dokładnie mnie bada, mierzy ciśnienie, osłuchuje...ale leczenia rzeczywiście nie zmienia. Mam stosować wszystko co sobie sama zaordynowałam i siedzieć w domu w ciepełku.
Normalnie dr House ze mnie i już:)
Od prawie tygodnia nie wychodzę z domu przez to cholerne przeziębienie więc czas doprowadzić się do porządku. Nie wypada iść do D. w dresach. A co mi tam...nawet makijaż delikatny robię i kurczę...baba to jednak jak się uczesze i umaluje to inaczej wygląda. Zapakowana w śniegowce, czapę, rękawice brnę przez śnieg i błoto do przychodni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk! Na dodatek moje pindrzenie się przed lustrem szlak trafił. Szminka zjedzona, gęba czerwona od mrozu, włosy rozczochrane od czapki, nos zapuchnięty...no cudo:)
Wchodzę do gabinetu:
- Witam Panią. Jakiż mamy problem?- z troską wita mnie dr D.
- Panie doktorze..no cóż ...jestem w ciąży...
- Ale nie jestem ojcem? - śmieje się D. ( właśnie za to poczucie humoru go lubię) Oczywiście kiwam przecząco głową i też się śmieję.
- Uff...To nie mamy wspólnego problemu. W taki razie jaki to Pani ma problem?
Wyliczam pięknie objawy, wymieniam leki jakie stosuję...
- No cóż. Po tej wspaniałej prelekcji pozostaje mi tylko wypisać zwolnienie i wpisać piątkę z plusem za diagnozę i leczenie- chwali mnie D. Oczywiście mimo wszystko dokładnie mnie bada, mierzy ciśnienie, osłuchuje...ale leczenia rzeczywiście nie zmienia. Mam stosować wszystko co sobie sama zaordynowałam i siedzieć w domu w ciepełku.
Normalnie dr House ze mnie i już:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz:)))