środa, 8 grudnia 2010

14. Dr House czyli lekarz domowy...

Idę dziś do internisty. Czuję, że moje przeziębienie jednak wymaga konsultacji. Potrzebuję też zwolnienia. Idę oczywiście do mojego ukochanego dr D. Jest fantastyczny. Zawsze uśmiechnięty, spokojny, rzeczowy. Niekiedy sama wizyta u niego mnie uzdrawia:)
Od prawie tygodnia nie wychodzę z domu przez to cholerne przeziębienie więc czas doprowadzić się do porządku. Nie wypada iść do D. w dresach. A co mi tam...nawet makijaż delikatny robię i kurczę...baba to jednak jak się uczesze i umaluje to inaczej wygląda. Zapakowana w śniegowce, czapę, rękawice brnę przez śnieg i błoto do przychodni. Czuję się jak Justyna Kowalczyk! Na dodatek moje pindrzenie się przed lustrem szlak trafił. Szminka zjedzona, gęba czerwona od mrozu, włosy rozczochrane od czapki, nos zapuchnięty...no cudo:)
Wchodzę do gabinetu:
- Witam Panią. Jakiż mamy problem?- z troską wita mnie dr D.
- Panie doktorze..no cóż ...jestem w ciąży...
- Ale nie jestem ojcem? - śmieje się D. ( właśnie za to poczucie humoru go lubię) Oczywiście kiwam przecząco głową i też się śmieję.
- Uff...To nie mamy wspólnego problemu. W taki razie jaki to Pani ma problem?
Wyliczam pięknie objawy, wymieniam leki jakie stosuję...
- No cóż. Po tej wspaniałej prelekcji pozostaje mi tylko wypisać zwolnienie i wpisać piątkę z plusem za diagnozę i leczenie- chwali mnie D. Oczywiście mimo wszystko dokładnie mnie bada, mierzy ciśnienie, osłuchuje...ale leczenia rzeczywiście nie zmienia. Mam stosować wszystko co sobie sama zaordynowałam i siedzieć w domu w ciepełku.
Normalnie dr House ze mnie i już:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz:)))