niedziela, 20 lutego 2011

39. Błogostan????

No i strzelił mi półmetek ciąży. W sumie to wątpię bym 40 tygodni z bliźniakami wytrwała, ale według wszelakich norm to jestem dokładnie w połowie ciąży i już. Mam jednak nieodparte wrażenie, że najcięższy czas jeszcze przede mną....
Na początek muszę przedstawić wszystkim naszego ( mojego i Twixów) wroga. Pani E. Coli. Skubana całkiem ładnie wygląda a taka franca...


Ta sama dama dopadła mnie już wcześniej..tym razem ulokowała się w moim układzie moczowym i to ona winna jest prawdopodobnie wszystkim przebojom z ostatnich tygodni. Generalnie nie jest to bakteria groźna, ale tylko w jelitach. Jeśli zamieszka w innym organie zaczyna się polka. Ponieważ ja i pani E. Coli nie chcemy mieszkać razem...no dobra ona może i by chciała ale ja się na to nie zgadzam, dlatego od tygodnia biorę końską dawkę antybiotyku. Lekarz zapewnił mnie, że nie zaszkodzi on Twixom więc walczę dzielnie. Póki co walka jest nie równa bo dostałam porządnej zgagi...Ale trudno- trzeba być twardym :))) Poza tym muszę przyznać, że w ostatnim tygodniu zamieniłam się w dyszącą , bekającą i stękającą babę. Twix z górnego pokoiku ( zwany Markiem) uciska mi na przeponę i żołądek. Dyszę jak lokomotywa, nie mogę się schylić bo mam cofki, pali mnie zgaga, mam kłopot z nabraniem powietrza..masakra kompletna. Pomaga jedynie coca cola i leżenie do góry brzuchem więc popijam litrami..no ale potem ...no potem bekam i jak tego gazu się nałykam to i ...no kurde z drugiej strony też się ulatnia...Jeśli jeszcze raz usłyszę, że ciąża to stan błogosławiony to normalnie rozszarpię chyba...

poniedziałek, 14 lutego 2011

38. Marek, Wojtek i...

Byłam dziś u lekarza...najpierw twierdzi, że to nadal za wcześnie by rozpoznać płeć na 100 % ale jak tylko przykłada głowicę do brzucha nie ma już wątpliwości. Twixy są stuprocentowymi facecikami:)))) No jeden to tak na 98 % ...mają wszystko co potrzeba i wszystko na swoim miejscu. No cóż..Trzeba to będzie jakoś opanować. Marek i Wojtek zatem. Niech i tak będzie. Chłopaki leżą piętrowo, jeden nad drugim dlatego mam taki duży brzuch i sapię jak lokomotywa. Górny Twix uciska mi w przeponę i kopie w żołądek. Mam nadzieję, że z tym leżeniem na sobie to im w krew nie wejdzie:))) Poza tym prawie wszystko ok. Okazuje się, że za problemy z nerkami odpowiedzialna jest bakteria. Jutro odbieram wynik posiewu i dowiem się jak nazywa się sprawczyni całego zamieszania i czym ją zlikwidować...mam nadzieję, że po antybiotyku będzie już wszystko dobrze. Pan doktor znów wychwala moją długą szyjkę macicy i pieje nad cudownym , zamkniętym ujściem kanału:)))
Zaraz po wizycie dzwonię do JOT...Zachwycony stwierdza, że wreszcie kupi sobie ..tfu..chłopakom..te wszystkie zabawki o których marzył kiedy był małym chłopcem. Teraz od godziny słucham o kolejce elektrycznej, o zdalnie sterowanych samochodzikach, helikopterze na baterię, modelu statku na prawdziwą benzynę...Coś mi się zdaje, że będę miała nie dwóch a trzech małych chłopców...


czwartek, 10 lutego 2011

37. Szok....

Dziś mi wcale nie do śmiechu. To co dziś usłyszałam sprawiło, że jestem w totalnym szoku. Nie potrafię sobie z tym poradzić, jestem przerażona i zupełnie zagubiona....
Spotkałam znajomą. Jej córka, równolatka i koleżanka mojej Młodej ze szkoły, w poniedziałek jak zwykle wracała po zakończonych lekcjach do domu. Mieszka zaledwie dwie ulice dalej. Dzielnica spokojna i zdawałoby się, że bezpieczna. Początkowo szła z koleżankami, a potem skręciła już sama w swoją uliczkę. Była jakieś 300 metrów od bramy gdy nagle jakiś skurwysyn wyskoczył z samochodu i wciągnął ją do środka. Mała nawet nie zdążyła krzyknąć, w pobliżu akurat nikogo nie było. Wykorzystał sytuację...być może jechał spod szkoły za dzieckiem...Na szczęście zanim ten zwyrodnialec wsiadł za kierownicę, dziewczynce udało się otworzyć drugie drzwi i uciec. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić co by było, do czego mogło dojść gdyby te drzwi były zamknięte, albo gdyby facet uśpił ją np. eterem. Nikt by nawet nie wiedział co się stało. Nie wiem jak sobie poradzić z tym. Co się dzieje??? Boję się teraz Młodą puścić gdziekolwiek samą, chociaż to już przecież duża pannica. Powrót ze szkoły, która jest raptem dwie ulice od domu wydawał mi się bezpieczny. Wpadłam w totalną paranoję zwłaszcza, że kilka tygodni temu słyszałam o podobnym zdarzeniu- porwano dziewczynkę w dużym centrum handlowym. Znalazła się ale...miała wyciętą nerkę. Na jakim świecie żyjemy???? Jak uchronić nasze dzieci przed takimi zdarzeniami???
Jestem zagubiona....
**** Ufff na szczęście historia o porwaniu w markecie to tzw. " urban story"- tutaj można przeczytać więcej. No ale historia ze szkoły mojej córki jest niestety zupełnie prawdziwa:(((

wtorek, 8 lutego 2011

36. Wróciłam:)....

Torba spakowana, dyspozycje rodzinie wydane. Jadę do szpitala. Na początek zdziwienie. Korki niemiłosierne. Nie uda mi się chyba przebić przez miasto w 20 minut. Zapomniałam, że poranek na trasie do mojej pracy wygląda troszkę inaczej niż droga przez centrum miasta. Po raz pierwszy doceniam odległość pracy od domu. Wyjeżdżam zawsze 15 minut przed pierwszą lekcją. Kilka bocznych uliczek , jeden skrót i jestem spokojnie na czas. Do szpitala dojeżdżam ostatecznie po 45 minutach. I kolejny szok. Znalezienie miejsca do parkowania po godzinie 8 graniczy z cudem. Po kolejnych 15 minutach udaje mi się upolować kawałek wolnego trawnika...tak, tak...wiem, że to nieładnie ale cóż. I tak zaparkowałam kilka ulic od szpitala, a trawnik jest całkowicie zastawiony nie tylko przez moje auto. Ostatecznie zgłaszam się na oddział jakąś godzinę po czasie. Lekarz prosi, żeby czekać. Oczywiście. Cierpliwie siadam w poczekalni. Po20 minutach pęcherz daje znać o sobie. Ok, znaczy dobrze przygotowałam się do usg:) Kazali pić to piję. Jednak po kolejnym kwadransie oczekiwania na lekarza, zaczynam przebierać nogami. Kiedy pan doktor pokazuje się w drzwiach, prawie rzucam mu się na szyję z radości i szybko informuję, że pojemność mojego pęcherza osiąga stan alarmowy. Ze pełnym zrozumieniem, już nie nakazuje mi czekać dłużej tylko zabiera do gabinetu. Po przyłożeniu głowicy w okolice pęcherza stwierdza, że jest pełen podziwu dla mojej wytrzymałości. Okazuje się , że ilość płynu jaką zgromadziłam jest imponująca, a jak na mój stan ( ciążowy chyba) wręcz niewiarygodna. Nagle pan doktor marszczy brwi....
- Hmmm, który to tydzień ciąży?- pyta
- Zaczynam osiemnasty- grzecznie odpowiadam- a co? ( bardzo inteligentnie pytam:)
- Kiedy była pani ostatnio na badaniu?
- Hmmmm, no jakieś 2 tygodnie temu, a co ? ( znów bardzo inteligentnie) Teraz jest mi już nie do śmiechu. Co znowu? Serce mi przyspiesza...
- Bo wie Pani, ja tu widzę.....( Na boga mówże wreszcie człowieku co tam widzisz bo zawału dostanę!!!)...bo ja widzę dwoje dzieci, czy Pani o tym wie? - pyta wystraszony.
O ratunku, ale mnie nastraszył. No w sumie to zapomniałam chyba uprzedzić go , że jestem w ciąży mnogiej...Biedaczek. Tak się zestresował:)
- No jasne , że wiem.
Lekarz głośno wypuszcza powietrze co wyraźnie oznacza ulgę. Biedny, bał się, że nie wiem i że właśnie dokonał wielkiego odkrycia:) Dalej już spokojnie ogląda nerki, pęcherz. Na szczęście wszystko wygląda dobrze. Nie widać niczego niepokojącego. Koniec badania. Lecę do toalety bo pojemność pęcherza jest już w fazie krytycznej.
Po powrocie rozmawiamy już na spokojnie. Mam jeszcze wykonać posiew moczu, bo być może całe zamieszanie spowodowane jest jakąś błahą bakterią i wystarczy wycelować dobry antybiotyk. Jeśli jednak badanie będzie jałowe to będzie trzeba zajrzeć do środka czyli....wtedy już na bank szpital...Pierwszy raz w życiu liczę na to , że mam infekcję bakteryjną. Najważniejsze, że nie musiałam zostać. Widok starszych panów z workami pełnymi moczu u pasa zniechęcił mnie już ostatecznie do pobytu na tym oddziale więc:))) Mój Jot śmieje się, że raczej brak internetu i dostępu do bloga i facebooka:)

poniedziałek, 7 lutego 2011

35. Idę do szpitala...

Niestety sprawa mojego pęcherza , tudzież ewentualnych kamieni i ich rodzenia, według lekarzy wymaga dokładniejszej diagnostyki. Jutro rano mam się zgłosić na oddział urologiczny. Jest szansa, że wszystkie badania zrobią w trybie ambulatoryjnym. Nie mniej mam się przygotować na pozostanie kilka dni w szpitalu:((( Już się cieszę na myśl, że mogę spędzić kilka najbliższych dni w towarzystwie babć i dziadków ( no bo kto głównie leży na urologii) ...no ale cóż. Twixy są najważniejsze i skoro trzeba to trzeba- bronić się nie będę. Ostatecznie wolę zostać na oddziale dwa dni niż latać po przychodniach codziennie i czekać w kolejkach wśród kaszlących i smarkających ludzi. A swoją drogą, przy dzisiejszym pakowaniu torby do szpitala postanowiłam, że muszę przygotować sobie taką awaryjną " szpitalną wyprawkę" z czystą pidżamką , ręcznikami i kosmetykami bo właśnie się okazało , że jedyny zestaw do spania , który nie zasieje zgorszenia wśród starszyzny szpitalnej jest w praniu, szampon posiadam tylko w butli litrowej, mydło tylko w płynie i na koniec nie mam zapasowej pasty, a wszystkie książki są już w kartonach. A tak przygotuję sobie torbę , która zawsze będzie w pogotowiu. Na wszelki wypadek. Jedyną osobą , która cieszy się na mój pobyt w szpitalu jest Młoda. To znaczy nie cieszy się, że muszę iść na oddział, ale dzięki temu będzie miała przyspieszone ferie zimowe, które w naszym województwie zaczynają się dopiero 14 lutego. Po pierwsze w jej szkole padło ogrzewanie i przez cały tydzień chodzą do kina, na lodowisko i w ten sposób starają się przetrwać awarię, a po drugie Jot pracuje do późna więc siedziałaby sama w domu do wieczora, bo do szkoły muzycznej tez nie miałby jej kto zawieźć. W związku z tym jutro przyjeżdża babcia ( mama Jot) i Młoda wyrusza na ferie do Wielkopolski. Fuksiara....
A teraz trzymajcie kciuki, żebym jednak nie musiała zostawać w tym szpitalu bo kto wam pisać będzie:))))

niedziela, 6 lutego 2011

34. Skarby...

Przygotowania do remontu w toku. Już większość rzeczy mamy w kartonach. Nawet nie jest tego tak dużo jak się wydawało. Mimo wszystko przepustowość przedpokoju zmniejszyła się znacznie bo po obu stronach stoją, jeden na drugim pudła. Jot wynosi je od tygodnia, ale coś kiepsko mu idzie. A ja mu ciągle dostawiam nowe graty. Można powiedzieć, że w kwestii zbiórki kartonów stałam się okolicznym hurtownikiem:) Wszystkie osiedlowe sklepiki zbierają dla nas pudła po makaronach, winach, płatkach śniadaniowych itd. Niemniej muszę przyznać, że takie pakowanie poza mnóstwem minusów ( upierdliwe to bardzo, czasochłonne i powodujące nieustanne rozterki w kwestii wyboru: zostawić czy wyrzucić), ma także całkiem sporo plusów. Dzięki całej akcji udało mi się chociażby zwrócić kilka książek ich właścicielom. Niektórzy to nawet zapomnieli, że byli kiedykolwiek w posiadaniu literatury przeze mnie oddawanej. Znalazła się też wypożyczona w 1998 roku z biblioteki książka "Portret Doriana Grey'a". W środku kartka z upomnieniem. Kartka jest z roku 1999 roku, a kara na kwotę 5,28 zł za przetrzymanie. Nie wiem co zrobić z tą książką. Obawiam się, że po 11 latach wysokość kary znacznie przerośnie zakup nowego egzemplarza. Postanawiam wrzucić książkę do skrzynki pocztowej biblioteki. Wstyd obywatelski nie pozwala mi zwrócić jej w tradycyjny sposób. Dorzucam jeszcze parę tytułów w ramach przeprosin. W kolejnych szpargałach odnajdują się też dokumenty, których poszukiwałam jakiś rok temu, parę ważnych notatek, "skradziona" karta do bankomatu i kilka innych, ciekawych drobiazgów. Jednak nic nie przebije dzisiejszego znaleziska. Otóż postanowiliśmy wywieźć rowery do piwnicy znajomych. W naszej musimy zrobić miejsce na kartony i meble z mieszkania. Przed wyjazdem wrzucam do torby na bagażniku parę drobiazgów i okazuje się, że tym samym odnajduję od kilku miesięcy poszukiwaną przez mnie całą, pierwszą serię płyt DVD z Dr Housem. Leżą sobie spokojnie w torbie od sierpnia, kiedy to odebrałam je od cioci. Najwidoczniej nie wyjęłam ich nigdy:))) Dlatego teraz i w tym miejscu, przepraszam wszystkich znajomych , których po cichu oskarżałam za podprowadzenie filmów, za to że nie wierzyłam w zapewnienia , że nawet nie wiedzą o jakie płyty mi chodzi. Jestem gamoń , pierdoła i już.
*** w kwestii zmagań ciążowych: nadal dręczy mnie ten cholerny pęcherz. Mam skierowanie do urologa by wykonać dokładniejszą diagnostykę. Najprawdopodobniej nie urodziłam kamyczka , tylko siedzi sobie w pęcherzu o podrażnia powodując takie a nie inne upierdliwości. No i sprawa druga: Twixy dają znać o sobie. Wieczorem, po kolacji zaczynają lekko pukać. Zwłaszcza ten lewy i większy demonstruje swoją obecność. Poza tym i kolejnym kilogramem na plusie ( piątym już prawie) nowości brak.