niedziela, 26 czerwca 2011

63. Zbieramy się do wyjścia:)))...

Powinniśmy być już w domu. Z chłopcami jest na tyle dobrze, że mieliśmy dzisiaj wyjść. Już o szóstej spakowałam torbę i poleciałam na OIOM karmić Twixy. Niestety zadzwonił Jot i powiadomił mnie , że od rana ma biegunkę, a moja mama całą noc zwracała. Dzień wcześniej problemy żołądkowe miała Młoda...jak nic jelitówka. Jasna dupa, akurat dzisiaj. Sześć tygodni leżę w szpitalu i akurat dzisiaj musieli się pochorować. Pani doktor oczywiście potwierdziła moje obawy: Nie ma mowy aby z niemowlętami , na dodatek wcześniakami po intensywnej terapii iść do domu gdzie panuje wirus....no trudno. Mam nadzieję, że to tylko kwestia jednej doby i już jutro naprawdę będziemy mogli wyjść. Jestem wykończona szpitalem. Sześć tygodni nie widziałam słońca, nie byłam na świeżym powietrzu. Od narodzin chłopców biegam też co 2 godziny piętro wyżej, gdzie jest OIOM dla noworodków i karmię moich panów, co nie jest łatwą sprawą, zważając na warunki jakie tu panują. Niestety, pomimo , że szpital jest nowiutki i śliczniutki, hasła " rodzić po ludzku" itd. są czystą fikcją. Na oddziale nie ma możliwości wygodnego nakarmienia dzieciaczków. Ze względu na ich wcześniejszy stan zdrowia, nie mogę mieć ich przy sobie. Pozostaje mi niewygodne, plastikowe krzesełko, na którym zgarbiona, pokurczona, walcząc z bólem po cesarskim cięciu, karmię Twixy zapewniając im najcenniejszy lek...Nie potrafię pojąć, jakim cudem w XXI wieku, w nowoczesnym szpitalu nikt nie pomyślał i nie zapewnił matkom wcześniaczków, komfortu wykarmienia swoich dzieci...
na szczęście widok najedzonych i zdrowiejących Twixów, rekompensuje wszelkie niedogodności....a od jutra będziemy już u siebie ...oby...



sobota, 25 czerwca 2011

62.Retrospekcja...

Kilka dni temu udało mi się wreszcie porozmawiać z lekarzem na temat stanu zdrowia dzieci. Wcześniej wszystkie informacje były raczej zdawkowe. Nie pomijając tych pierwszych, tuż po porodzie...te były najbardziej trudne i co tu gadać, szokujące. Ale po kolei...

Po pięciu tygodniach walki o zatrzymanie nasilającej się czynności porodowej i skracającej się szyjki, w 35 tygodniu +6 dniu, lekarze postanowili mnie wreszcie rozpakować. Uznali, że dłużej nie ma sensu wlewać we mnie kolejnych kroplówek z fenoterolu i magnezu. Chłopcy byli na tyle duzi a moja macica miała na tyle ograniczoną pojemność, że każdy ich ruch powodował kolejne skurcze. Czekałam na ten dzień ale bałam się jak cholera. Już idąc na blok porodowy miałam kilka napadów płaczu. Czułam się jak mała dziewczynka...W związku z tym, że miałam wcześniej operację kręgosłupa, nie do końca było wiadomo jakie znieczulenie będzie trzeba zastosować. Na szczęście udało się znieczulić mnie zewnątrz-oponowo...muszę przyznać, że było to prawie bezbolesne. Później wszystko potoczyło się szybko. O godzinie 13:28 na świat przyszedł Wojtuś, a minutę po nim Marek. Niestety ich płacz był bardzo cichy. Nie słyszałam, żadnych informacji na ich temat. Nikt nic nie mówił...spanikowałam...po kilku minutach pokazano mi tylko Marka i chłopcy zostali natychmiast zabrani na intensywną terapię. Nie wiedziałam kompletnie nic . Nie powiedziano mi nawet czy rzeczywiście urodziłam chłopców, ani jaką mieli wagę czy długość. Wyjeżdżając z sali operacyjnej widziałam wystraszonego Jot i spanikowaną teściową...obawiałam się najgorszego...Po godzinie odwiedziła mnie pani neonatolog, która powiedziała mi tylko, że stan Wojtka jest ciężki ale stabilny, a stan Marka jest dobry i też stabilny...I z taką informacją zostałam na dobrych, kilka godzin. Dopiero wieczorem Jot udało się dopaść lekarza i dowiedzieć nieco więcej. Mi przekazał, już dziś to wiem, mocno ograniczone informacje...i w sumie dobrze bo chyba bym umarła ze strachu o życie Wojtka. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że dostał tylko 2 punkty i był resuscytowany. Na szczęście po kilku dniach zaczął sam oddychać i dziś obaj panowie są już poza inkubatorami, przybierają na wadze, jedzą z piersi i są baaardzo dzielni. Jak tylko opanujemy jeszcze zółtaczkę, to być może w niedzielę uda nam się wyjść do domu. Póki co uczę się moich Twixów..są tak różni, że aż nie chce się wierzyć, że są bliźniakami:)
Marek, pięknotek, z cud czarnymi lokami i śniadą cerą. Zarośnięty niesamowicie! Ma włosy nawet na twarzy i plecach:)) Na roczek chyba dostanie maszynkę do golenia:) Troszkę taki niezdecydowany...liże pierś, by następnie potrzepotać rzęsami, porozglądać się, popieścić. Raczej leniuszek. Nie chce mu się ssać z piersi...Jego karmienie trwa zdecydowanie za długo:)..



Z kolei Wojtuś to przodownik pracy. Widać, że ma ducha walki w sobie. Świadczy zresztą o tym to , że w ciągu tygodnia dogonił brata. Zaczął sam oddychać , wyszedł z inkubatora i zaczął jeść.. i to jak! Wojtek kiedy dostaje pierś, nie ma chwili do stracenia. Zaciąga jak traktorek na jakieś 10--15 minut i ssie tak porządnie , że czuję to aż w czubku głowy. Następnie zapada w porządny sen na kolejne 3 godziny. Jest niesamowity! Z wyglądu zdecydowanie Jot. Ma podobne rysy, włosy, układ czaszki...Początkowo był mocno opuchnięty ale teraz z dnia na dzień staje się piękniejszy.



Rzeczywiście obaj urodzili się o 5 tygodni za wcześnie, ale przyznaję, że przynajmniej wiem na czym stoimy. W związku z tym, że są wcześniakami, czeka nas wprawdzie pielgrzymka po specjalistach, być może rehabilitacja ale najważniejsze, że już mam ich przy sobie. Odliczam dni do wyjścia ze szpitala ...by móc cieszyć się nimi w domu...

wtorek, 21 czerwca 2011

61. Twixy już są!...

Moje Twixy:))) Wprawdzie pospieszyły się z przyjściem na świat o 5 tygodni, ale pomimo początkowych kłopotów, mają się coraz lepiej:)))) Niestety nie od razu było różowo i chłopcy wciąż przebywają na intensywnej terapii ale z godziny na godzinę jest lepiej:) Mama czuje się tak jak można się czuć po cesarski cięciu :)
Na pierwszy ogień przedstawiam Wojtka.
Urodzony 16.06.2011 o godz. 13:28.Waga: 2575 g, wzrost: 51 cm.
Przez pierwsze dni nie oddychał samodzielnie, wymagał wspomagania ale jak przystało na twardego faceta , od wczoraj jest na własnym oddechu i ma się coraz lepiej:)




Na szczęście po burzy nadchodzi dzień i Wojtuś naprawdę wykazuje się siłą ogromną...nie dość, że zaczął sam oddychać to jeszcze je :) Filmik tutaj:)

Jako drugi urodził się Marek, godz. 13:29.Waga: 2555 g, wzrost: 48 cm. Do wczoraj dojrzewał w inkubatorku. Teraz nabiera sił samodzielnie:) Jest baaardzo podobny do mamusi i starszej siostry:)


Filmik z udziałem Mareczka można zobaczyć tutaj
:)

środa, 15 czerwca 2011

60. FINAL CUT...



Jutro rodzimy! A właściwie rozpakowujemy się:))) Mówiąc wprost..mam pełne portki ze strachu...Nadal nie wiem jak mnie będą znieczulać bo anestezjolog wpadł i uciekł do zabiegu, więc nadal czekam w niewiedzy.
Postanowiłam wciągnąć jeszcze truskawki, bo od 22:00 mam nie jeść...to chyba ostatnie moje truskawki w tym sezonie...potem poczytam i może prześpię ostatnią noc przed najbliższym rokiem nocy nieprzespanych....35 tygodni dobiega końca...od jutra wszystko się zmieni...
Zatem proszę o kciuki jutro ok 10-12 godziny. Jak tylko dam radę postaram się coś napisać.

Ostatnie chwile w trójpaku:)))


niedziela, 12 czerwca 2011

59. Kończymy zabawę...

Nadchodzi decydujący tydzień. Wg licznika na blogu jestem w połowie 35 tygodnia ale wg lekarzy jest to początek 35 tygodnia. Dziś ordynator zadecydował, że kończymy zabawę w środę lub czwartek, czyli pod koniec 35 tygodnia. Jak wytrwałam ten miesiąc w szpitalu to sama nie wiem, ale udało się!!!! Urodzę tylko ( !) 5 tygodni wcześniej. Chłopaki są spore, zastrzyk na rozwój płuc dostali. Musi być dobrze. Od poniedziałku zmniejszają mi leki i zobaczymy. Bardzo bym chciała, żeby wszystko odbyło się zgodnie z planem a nie np. w nocy, na wariackich papierach...Z jednej strony cieszę się, że to już. A z drugiej tak dziwnie... Nie mieści mi się w głowie, że za kilka dni będę mieć dwójkę dodatkowych dzieci, że nikt mnie nie będzie kopał, od środka, że będę mogła normalnie się poruszać, że wrócę do domu...Nie mogę się doczekać....

środa, 8 czerwca 2011

58. Ostatnia prosta...

Wygląda na to, że w ciągu najbliższego tygodnia zostanę mamą. Wczoraj profesor zadecydował, że już nie będą podawać mi już dożylnie tokolizy. Jeśli pojawią się skurcze lub rozwarcie idziemy się ciąć. Jeśli jednak wytrwam do weekendu to wchodzę w tzw. plan zabiegów na początek tygodnia. Profesor po zbadaniu mnie i obejrzeniu brzucha, który jak delikatnie określił :" mały nie jest" stwierdził, że " czas kończyć tę przygodę". Tak się zestresowałam, że to w zasadzie już, że od wczoraj nie mam skurczy:) Okazało się jednak, że mam dość znaczną anemię i niski poziom magnezu więc mnie troszkę teraz pompują by przy cesarce nie wyskoczyły " nieprzewidziane powikłania". Lekarz prowadzący powiedział, że jak grzecznie dotrwam do poniedziałku to będę mogła wybrać sobie datę porodu. I tu zaczyna się problem. Mi pasowałby 13 czerwca w poniedziałek. Równo 11 i pół roku od narodzin Młodej, poza tym 13- tki są dla nas szczęśliwe., ale zdaje się wtedy nie ma mojego prowadzącego lekarza. Wtorek 14 czerwca z niczym mi się nie kojarzy, 15-stego moja ciocia ma imieniny, ale ta data nie bardzo dobra będzie bo Jot ma ważne spotkanie. 17 czerwca urodziny mojej mamy. Wiem, że chciałaby taki prezent ale boję się że po nie dotrwa...no i nie wiem kiedy byłoby najfajniej urodzić. Jest jeszcze opcja 11 czerwca ( sobota) jakby bardzo mi się spieszyło, bo mój polecony pan doktor ma dyżur.... A jak znam życie, chłopcy jeszcze nas w konia zrobią i urodzą się w środku nocy 18 czerwca, wtedy kiedy Jot będzie miał koncert i za cholerę nie będzie mógł dojechać do szpitala:)))
Boję się jak diabli. Z jednej strony cieszę się , że to już. Z drugiej martwi mnie , że to jednak sporo przed czasem. Lekarze mówią , że to już bezpieczny czas dla Twixów, ale jednak 34 tydzień to w zasadzie półtora miesiąca przed terminem. Boję się jak zniosę znieczulenie, boję się powikłań....no boję się, że to już....aaaaaaa

piątek, 3 czerwca 2011

57. Czary mary ....

Od razu się tłumaczę, że już kilka razy miałam posta napisanego i nagle mi wyskakiwało jakieś badanie, wizyta i gdzieś post przepadał. Po pierwsze nadal jesteśmy w trójpaku. Walczymy dzielnie, choć momentami było już ciężko. W zeszłym tygodniu miałam usg : chłopcy wg szacunkowych pomiarów mają ok 2 kg i okazało się, że moja szyjka magicznie wyskoczyła do 2, 4 cm. Niestety tak się ucieszyłam tym "wydłużeniem" , że natychmiast dostałam skurczy. Tym razem wyciszenie ich wymagało już znacznie większego wysiłku ze strony lekarzy, ale też leków dożylnych ( fachowo mówią tu na te kroplówki tokoliza- człowiek uczy się całe życie:)))) Po dwóch dniach udało się opanować sytuację i panowie nadal pozostają w brzuchu. Okazuje się też , że wydłużenie szyjki nie miało nic wspólnego z magią. Zwyczajnie jeden z Twixów obrócił się dupką do dołu i tym samym zmniejszył napór. Dziś znów miała ok 1,6 cm. Czyli szału nie ma. Mam nadal leżeć i pachnieć. Za ok. 1, 5 tygodnia będą powoli zmniejszać dawki leków i zobaczymy co dalej. Ale jeśli zaczną się skurcze to już ich nie będą wyciszać tylko mnie rozpakują. Wg lekarzy jednak może to nastąpić wcześniej...to rozpakowanie. Pocieszalscy co? Jak się zaprę to jeszcze w lipcu będą mnie prosić, żebym urodziła i opuściła szpital:))))
Ale na poważnie. Taki pobyt na patologii ciąży nie jest dobry dla psychiki...nasłuchałam się, naoglądałam tragedii, że zwyczajnie ogarnął mnie totalny strach. Wiem , że zdarzają się komplikacje, dramaty przy porodach, ale co innego o nich słyszeć a co innego widzieć...Mam jednak poczucie, że jestem pod dobrą opieką, czuję się dość bezpiecznie i wszystko musi być dobrze. Jot z Młodą wpadają co kilka dni bo jednak szpital jest dość daleko. Dzielnie sobie radzą i spisują się na medal. Niezły sprawdzian cierpliwości nam zafundowały Twixy. Jeszcze się nie urodziły a już nas tresują:)))