Kilka dni temu udało mi się wreszcie porozmawiać z lekarzem na temat stanu zdrowia dzieci. Wcześniej wszystkie informacje były raczej zdawkowe. Nie pomijając tych pierwszych, tuż po porodzie...te były najbardziej trudne i co tu gadać, szokujące. Ale po kolei...
Po pięciu tygodniach walki o zatrzymanie nasilającej się czynności porodowej i skracającej się szyjki, w 35 tygodniu +6 dniu, lekarze postanowili mnie wreszcie rozpakować. Uznali, że dłużej nie ma sensu wlewać we mnie kolejnych kroplówek z fenoterolu i magnezu. Chłopcy byli na tyle duzi a moja macica miała na tyle ograniczoną pojemność, że każdy ich ruch powodował kolejne skurcze. Czekałam na ten dzień ale bałam się jak cholera. Już idąc na blok porodowy miałam kilka napadów płaczu. Czułam się jak mała dziewczynka...W związku z tym, że miałam wcześniej operację kręgosłupa, nie do końca było wiadomo jakie znieczulenie będzie trzeba zastosować. Na szczęście udało się znieczulić mnie zewnątrz-oponowo...muszę przyznać, że było to prawie bezbolesne. Później wszystko potoczyło się szybko. O godzinie 13:28 na świat przyszedł Wojtuś, a minutę po nim Marek. Niestety ich płacz był bardzo cichy. Nie słyszałam, żadnych informacji na ich temat. Nikt nic nie mówił...spanikowałam...po kilku minutach pokazano mi tylko Marka i chłopcy zostali natychmiast zabrani na intensywną terapię. Nie wiedziałam kompletnie nic . Nie powiedziano mi nawet czy rzeczywiście urodziłam chłopców, ani jaką mieli wagę czy długość. Wyjeżdżając z sali operacyjnej widziałam wystraszonego Jot i spanikowaną teściową...obawiałam się najgorszego...Po godzinie odwiedziła mnie pani neonatolog, która powiedziała mi tylko, że stan Wojtka jest ciężki ale stabilny, a stan Marka jest dobry i też stabilny...I z taką informacją zostałam na dobrych, kilka godzin. Dopiero wieczorem Jot udało się dopaść lekarza i dowiedzieć nieco więcej. Mi przekazał, już dziś to wiem, mocno ograniczone informacje...i w sumie dobrze bo chyba bym umarła ze strachu o życie Wojtka. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że dostał tylko 2 punkty i był resuscytowany. Na szczęście po kilku dniach zaczął sam oddychać i dziś obaj panowie są już poza inkubatorami, przybierają na wadze, jedzą z piersi i są baaardzo dzielni. Jak tylko opanujemy jeszcze zółtaczkę, to być może w niedzielę uda nam się wyjść do domu. Póki co uczę się moich Twixów..są tak różni, że aż nie chce się wierzyć, że są bliźniakami:)
Marek, pięknotek, z cud czarnymi lokami i śniadą cerą. Zarośnięty niesamowicie! Ma włosy nawet na twarzy i plecach:)) Na roczek chyba dostanie maszynkę do golenia:) Troszkę taki niezdecydowany...liże pierś, by następnie potrzepotać rzęsami, porozglądać się, popieścić. Raczej leniuszek. Nie chce mu się ssać z piersi...Jego karmienie trwa zdecydowanie za długo:)..

Z kolei Wojtuś to przodownik pracy. Widać, że ma ducha walki w sobie. Świadczy zresztą o tym to , że w ciągu tygodnia dogonił brata. Zaczął sam oddychać , wyszedł z inkubatora i zaczął jeść.. i to jak! Wojtek kiedy dostaje pierś, nie ma chwili do stracenia. Zaciąga jak traktorek na jakieś 10--15 minut i ssie tak porządnie , że czuję to aż w czubku głowy. Następnie zapada w porządny sen na kolejne 3 godziny. Jest niesamowity! Z wyglądu zdecydowanie Jot. Ma podobne rysy, włosy, układ czaszki...Początkowo był mocno opuchnięty ale teraz z dnia na dzień staje się piękniejszy.

Rzeczywiście obaj urodzili się o 5 tygodni za wcześnie, ale przyznaję, że przynajmniej wiem na czym stoimy. W związku z tym, że są wcześniakami, czeka nas wprawdzie pielgrzymka po specjalistach, być może rehabilitacja ale najważniejsze, że już mam ich przy sobie. Odliczam dni do wyjścia ze szpitala ...by móc cieszyć się nimi w domu...