sobota, 25 grudnia 2010

21. Świąteczna dieta...

A mówiła mama , że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca... Jednak wstyd mi się zrobiło i postanowiłam wziąć się do roboty. Nagotował się jak głupia, wysprzątałam mieszkanie, wystroiłam stół i siebie. Godzina zero nadeszła. Goście zadowoleni, najedzeni więc udało się! Niestety, tak mniej więcej przy karpiku zaczyna mnie mdlić. Mam też wzdęcie i ból brzucha. Nie jest dobrze. A jeszcze wczoraj pisałam, że doskonale się czuję. Zapeszyłam. Do końca wieczoru już nic nie jem. Noc koszmarna. Bolą mnie nerki i jest mi niedobrze. Świątecznego śniadania nie tykam, na obiad też nie wstaję. Normalnie szczyt gościnności. Cały dzień leżę w łóżku, a teście obsługują się sami. JOT , tak koło południa także zaczyna narzekać na żołądek. No ładne kwiatki. Czyli Młoda nie zatruła się a przyniosła jakąś infekcję. Na szczęście nie wymiotujemy ale samopoczucie koszmarne:( Większość żarcia, które nagotowałam pakuję teściom do domu, resztę mrożę. JOT, podobnie jak ja nie jest w stanie nic przełknąć. Młoda też apetytu jeszcze nie odzyskała. Zmarnowałoby się. Wyciągamy sucharki...Wesołych świąt...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz:)))